Zdrada na rejsie w jedną stronę: Ojciec z Chicago odkrywa plan morderstwa syna, udaje zgodę i przygotowuje zemstę prawną

Skinął głową. „Panie Sullivan… proszę nie wracać dziś wieczorem do kabiny sam. Ani na chwilę”.

„Nie zrobimy tego” – powiedział Carl, a jego dłoń na krótko dotknęła mojego ramienia, uziemiając mnie.

Wyszliśmy z biura kapitana i wyszliśmy na otwarty pokład. Powietrze było ciepłe, słońce świeciło jasno, ludzie śmiali się przy basenach i barach, jakby nic brzydkiego nie mogło istnieć w takim miejscu.

Ale teraz miałem coś, czego wcześniej nie miałem.

Ściana wokół mnie.

Godziny do gali się wlokły.

Carl i ja zostaliśmy w jego apartamencie, unikając zatłoczonych miejsc. Powtarzaliśmy każdy krok w kółko, aż w końcu stało się to jak pamięć mięśniowa. Dwa razy wypastowałem buty, mimo że już były wypolerowane. Sprawdziłem alarm antypaniczny. Sprawdziłem telefon. Sprawdziłem zamek w drzwiach.

Moje ręce musiały czymś się zająć, a to było bezpieczniejsze niż pozwalanie mojemu umysłowi na ciągłe zamieszanie.

W pewnym momencie Carl nalał dwie kawy i podał mi jedną.

„Dobrze ci idzie” – powiedział cicho.

Wpatrywałem się w ciemną ciecz. „Źle się czuję”.

„Nie musisz” – odpowiedział. „Musisz po prostu przeżyć”.

Prostota tego mocno mnie uderzyła. Przez dekady moim celem było wychowanie syna, bycie stabilnym i godnym zaufania. Teraz moim celem stało się coś bardziej podstawowego, bardziej zwierzęcego.

Przetrwanie.

O piątej się ubraliśmy.

Włożyłem ciemnozielony garnitur, ten sam, który kupiłem lata temu na śluby i pogrzeby – taki, który skrywa w szwach zbyt wiele wspomnień. Krawat był ciasny pod szyją, więc lekko go poluzowałem. Ręce mi się trzęsły, gdy zapinałem guziki marynarki.

Carl miał na sobie złoty garnitur, który nadawał mu wygląd idealnego miejsca przy stole kapitańskim. Wygładził mankiety w lustrze, a potem spojrzał na mnie.

„Robert” – powiedział – „dzisiaj wszystko się zmieni”.

Skinęłam głową, nie ufając swojemu głosowi.

Sala galowa lśniła pod żyrandolami. Białe obrusy. Kryształowe kieliszki. Stroiki ułożone niczym z sali balowej na Manhattanie. Mała orkiestra grała łagodne klasyki, takie, które sprawiają, że ludzie czują się elegancko, nawet jeśli wcale tacy nie są.

Pasażerowie wystroili się i pozowali do zdjęć, z twarzami zarumienionymi od wina i ekscytacji. W powietrzu unosił się zapach perfum, wody kolońskiej i wykwintnego jedzenia.

Poruszałem się powoli, uśmiechając się, gdy do mnie mówiono, i kiwając głową, gdy było to konieczne. Mój wzrok ani na chwilę nie przestawał mnie skanować.

A potem go zobaczyłam.

Mężczyzna.

Dziś wieczorem miał na sobie czarny garnitur i białą koszulę, wtapiając się w tłum lepiej niż na basenie. Ale jego oczy były takie same. Bystre. Skupione. Obserwował mnie, jakby mierzył odległość między moim ciałem a najbliższym wyjściem.

Carl pochylił się bliżej. „Jest tutaj”.

„Widzę go” – mruknąłem.

Jedliśmy. Śmialiśmy się w odpowiednich momentach. Raz nawet zatańczyliśmy, krótko, na tyle, by wyglądać jak dwaj starsi mężczyźni cieszący się wyjątkową nocą poza domem. Moje ciało wykonywało ruchy, a umysł odliczał minuty jak człowiek odliczający czas do wybuchu bomby.

O 11:30 pochyliłem się w stronę Carla.

„Czas już najwyższy.”

Wyraz twarzy Carla się nasilał, po czym skinął głową.

Wstałem, lekko się przeciągnąłem i zrobiłem minę zmęczenia. Pomachałem do stojącej obok pary, jakbym życzył jej dobrej nocy. Potem wyszedłem z sali galowej, poruszając się pewnie, ale bez pośpiechu.

Zjechałem windą na pokład 8.

Serce waliło mi tak mocno, że czułem je w gardle.

Kiedy drzwi windy się otworzyły, korytarz wyglądał tak samo jak zawsze. Delikatne oświetlenie. Dywan. Zamknięte drzwi kabiny. Cisza.

Ruszyłem w stronę mojej kabiny, pozwoliłem, by moje ramiona opadły jak u zmęczonego starca, po czym, tuż przed 847, gwałtownie skręciłem i wślizgnąłem się do klatki schodowej.

Drzwi zamknęły się za mną z trzaskiem, a powietrze w środku było chłodniejsze, betonowo-metalowe, lekko pachnące farbą. Mój oddech brzmiał zbyt głośno w zamkniętej przestrzeni.

Szybko wszedłem po schodach na pokład 12, gdzie znajdował się apartament Carla, i czekałem na małym korytarzu z wąskim oknem wychodzącym na korytarz poniżej.

Stamtąd mogliśmy zobaczyć drzwi mojej kabiny.

Pięć minut później dołączył do mnie Carl. Oddychał trochę ciężej, a jego krawat był lekko przekrzywiony.

„Coś jeszcze?” – wyszeptał.

"Jeszcze nie."

Czekaliśmy.

Czas dziwnie płynął na tej klatce schodowej. Każda sekunda była dłuższa niż drut.

Następnie, około 12:15, ruch.

Jakaś postać niczym cień przesunęła się korytarzem na pokładzie 8.

Mężczyzna.

Teraz miał na sobie czarne rękawiczki. W jego dłoni coś małego i metalicznego odbiło światło.

Zrobiło mi się niedobrze.

Zatrzymał się przed kabiną 847.

„On naprawdę to robi” – szepnęłam.

Poczułem, jak dłoń Carla zaciska się na moim ramieniu.

Obserwowaliśmy, jak mężczyzna wyciągnął narzędzie z kieszeni i z wprawą i wprawą zajął się zamkiem. W ciągu kilku sekund drzwi się otworzyły i mężczyzna wślizgnął się do środka.

Wzrok Carla powędrował w moją stronę. „Teraz.”

Nacisnął przycisk paniki.

Gdzieś w systemie statku rozległ się sygnał alarmowy.

Czekaliśmy sztywno, z oczami utkwionymi w korytarzu poniżej. Dwie minuty. Trzy.

Wtedy ochrona zajęła pozycje, jakby czekała na ten moment całe życie. Funkcjonariusze w cywilu pojawili się na obu końcach korytarza, wyłaniając się z cienia, poruszając się szybko, ale z opanowaniem.

Drzwi kabiny otworzyły się ponownie.

Mężczyzna wyszedł, zerkając na korytarz, jakby szukał świadków, po czym sięgnął do drzwi balkonowych w kabinie. Otworzył je.

Nawet z naszego punktu obserwacyjnego widziałem, że sprawdzał poręcz, testował ją, ćwiczył mechanikę upadku.

Funkcjonariusze służb bezpieczeństwa rzucili się naprzód.

Usłyszeliśmy stłumiony trzask ciał w kabinie, krzyk, ostry odgłos czegoś uderzającego o podłogę.

Głos mężczyzny podniósł się, gorączkowo. „Jestem w złym pokoju! Jestem zdezorientowany!”

Ale kłamstwo brzmiało pusto nawet z daleka. Zaczął się szarpać, ale przestał, gdy funkcjonariusze go przygwoździli.

Carl i ja szybko zeszliśmy po schodach, uniesieni adrenaliną. Zanim dotarliśmy na pokład 8, kapitan Peterson już tam był, z surową miną, a jego obecność napełniała korytarz autorytetem.

Spojrzał na mnie tak, jakby sprawdzał, czy jestem prawdziwy.

„Panie Sullivan” – powiedział – „złapaliśmy go w pańskiej kabinie”.

W korytarzu unosił się delikatny zapach hotelowego odświeżacza powietrza i potu. Drzwi wzdłuż korytarza pozostały zamknięte, ale czułem, jak ludzie w środku nasłuchują, wstrzymują oddech i zastanawiają się, co się stało.

Nadgarstki mężczyzny były skrępowane. Szczęka mu się zacisnęła, a oczy rozbiegały się, znów kalkulując.

Kapitan Peterson podniósł telefon.

Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.