Twarz Carla stężała. „On podsuwa myśl o upadku”.
„Wiem” – szepnąłem.
Tego popołudnia poszliśmy na taras przy basenie.
Muzyka pulsowała. W powietrzu unosił się zapach kremu do opalania i grillowanego jedzenia. Ocean lśnił za szklanymi taflami. Ludzie byli głośni i ożywieni, a ta normalność sprawiała, że mój strach wydawał się niemal niewidoczny, jakby nie pasował do tego miejsca.
Wtedy zauważyłem mężczyznę przy barze przy basenie.
Może czterdziestki. Zielona koszula z długim rękawem w tropikalnym upale, bez stroju kąpielowego, bez ręcznika, bez zainteresowania samym basenem. Stał z nietkniętym drinkiem i co chwila zerkał na mnie.
Za każdym razem, gdy na niego patrzyłam, zbyt szybko odwracał wzrok.
Carl podążył za moim wzrokiem. „Widzisz go.”
"Tak."
Głos Carla ucichł. „Sprawdźmy to. Idź w stronę windy. Będę obserwował”.
Wstałem, poruszałem się powoli, swobodnie, jakbym szykował się do drzemki. Drzwi windy się otworzyły. Wszedłem do środka i obejrzałem się tuż przed ich zamknięciem.
Mężczyzna w zielonej koszuli zmierzał w stronę windy, szybko i zdecydowanie.
Moje serce waliło.
Kiedy dotarłem do kabiny Carla, czekałem. Trzęsły mi się ręce, więc zmusiłem je do spokoju, chwytając krawędź stołu.
Kilka minut później Carl wszedł i mocno zamknął drzwi.
„Śledził cię” – powiedział Carl. „Bez wątpienia. Ktoś cię śledzi”.
Zaschło mi w ustach. „Michael kogoś zatrudnił”.
Carl skinął głową. „A raczej Clare. Tak czy inaczej, to prawda”.
Tego wieczoru zjedliśmy posiłek w kabinie Carla, korzystając z obsługi pokoju. Ocean za szybą balkonu był ciemny, pokryty pianą w blasku księżyca. Statek kołysał się delikatnie, jakby próbował uśpić naszą czujność i uśpić naszą czujność.
Zadzwonił mój telefon.
Klara.
Carl natychmiast zaczął nagrywać ponownie.
„Dzień dobry” odpowiedziałem.
„Robert!” Głos Clare był jasny, słodki, zbyt przyjazny. „Cześć! Melduję się. Jak rejs?”
„Pięknie” – powiedziałem. „Jeszcze raz dziękuję”.
„Och, dobrze” – powiedziała. „Chcemy tylko, żebyś się zrelaksował”.
„Mam pytanie” – powiedziałem lekko. „W biurze obsługi pasażerów powiedziano mi, że nie ma biletu powrotnego”.
Cisza.
Wtedy Clare roześmiała się, zbyt gwałtownie. „Och, jakie to dziwne. To pewnie błąd systemu. Michael wszystkim się zajął”.
„Już kupiłem bilet powrotny” – powiedziałem. „Na wszelki wypadek”.
Tym razem cisza była dłuższa i cięższa.
„Już… kupiłaś?” – zapytała Clare, a jej głos się zmienił. Pod słodyczą dało się wyczuć napięcie.
„Tak” – powiedziałem. „Nie chciałem utknąć w Miami”.
„Oczywiście” – powiedziała szybko. „Oczywiście. To ma sens”.
Słyszałem jak przełknęła ślinę.
Wtedy zapytałem: „Dlaczego ty i Michael postanowiliście wysłać mnie w tę podróż akurat teraz?”
Odpowiedź Clare nadeszła powoli, wyćwiczona. „Zauważyliśmy, że jesteś zmęczony. Zestresowany. Pomyśleliśmy, że potrzebujesz dłuższego odpoczynku. Czasu z dala od wszystkiego”.
Dłuższy odpoczynek.
Ta sama fraza, ten sam scenariusz.
Kiedy zakończyłem rozmowę, Carl spojrzał na mnie ponuro.
„Ona w tym jest” – powiedział. „Ta pauza, kiedy kupiłeś własny bilet… zrujnowałeś coś, czego oczekiwali”.
Mimo ciepłej kabiny poczułem chłód na skórze. „Co teraz zrobimy?”
Wzrok Carla się wyostrzył. „Zdobędziemy więcej dowodów i przestaniemy udawać, że to tylko podejrzenia. Potrzebujemy pomocy statku. Potrzebujemy ochrony”.
„A ten człowiek, który mnie śledził?” – zapytałem.
„Każemy mu pokazać rękę” – powiedział Carl. „Nie prywatnie. Publicznie. Gdzieś z kamerami”.
Spojrzał w stronę drzwi. „Kasyno. Jutro.”
Tej nocy prawie nie spałem.
Każdy skrzyp brzmiał jak krok. Każdy odległy śmiech w korytarzu brzmiał, jakby ktoś zatrzymał się za drzwiami. Ciemna obecność oceanu za taflą szkła wydawała się mniej piękna, a bardziej jak otwarte usta.
Rano Carl i ja poszliśmy ponownie do biura obsługi pasażerów, a następnie do stanowiska ochrony statku.
Poprosiliśmy o spotkanie z kapitanem.
I gdy czekaliśmy na eskortę, poczułem, jak coś ciężkiego i ostatecznego osiada we mnie.
Michael mnie nie lekceważył.
Niedocenił tego, kim staje się ojciec, kiedy w końcu przestaje chronić syna przed prawdą.
Biuro kapitana Johna Petersona znajdowało się niedaleko mostka, rozświetlone porannym światłem i czystym zapachem soli i pasty do polerowania. Przez szerokie okno za biurkiem ocean rozciągał się niczym nieskończona ściana błękitu, poruszając się powolnymi, cierpliwymi falami, które sprawiały, że statek wydawał się jednocześnie potężny i kruchy.
Stał, kiedy weszliśmy, wyprostowany, jednolity, schludny, z krótko przyciętymi włosami. Człowiek przyzwyczajony do tego, żeby go słuchano.
„Panowie” – powiedział, ściskając nam dłonie. Jego uścisk był mocny, a wzrok spokojny. „Jestem kapitan Peterson. W czym mogę pomóc?”
Carl odezwał się pierwszy. Miał w sobie spokój i autorytet kogoś, kto zawodowo zajmował się zarządzaniem ludźmi, kogoś, kto wiedział, jak stwarzać zagrożenie, nie brzmiąc przy tym histerycznie.
„Kapitanie” – powiedział – „życie pana Sullivana jest w niebezpieczeństwie na pokładzie pańskiego statku. Podejrzewamy, że ktoś zamierza zrobić mu krzywdę i upozorować wypadek”.
Kapitan się nie roześmiał. Nie odprawił nas. Jego wyraz twarzy się naprężył i gestem wskazał nam, żebyśmy usiedli.
„Opowiedz mi wszystko” – powiedział.
Opowiedziałam mu o złotej kopercie w mojej chicagowskiej kuchni. O nagłym uczuciu Michaela i eleganckim zaangażowaniu Clare. Opowiedziałam mu o powrocie po leki na nadciśnienie i o tym, jak usłyszałam za ścianą salonu głos mojego syna, chłodny i wyrachowany, rozmawiającego o mojej polisie ubezpieczeniowej i sprzedaży domu. Opowiedziałam mu o rezerwacji biletu w jedną stronę, potwierdzonej w biurze obsługi pasażerów. O telefonach, wyćwiczonych kwestiach, o tym, jak Michael ostrzegał mnie przed barierkami i nocnymi pokładami, jakby rozsypywał okruszki chleba na historię, którą chciał opowiedzieć po moim odejściu.
Carl dodał, co widział: mężczyznę w zielonej koszulce śledzącego mnie na basenie, sposób, w jaki zbyt szybko ruszył w stronę windy, gdy wychodziłem, sposób, w jaki ani na chwilę nie odrywał ode mnie uwagi.
Odtworzyliśmy nagrania audio. Podaliśmy numery kabin. Godziny. Szczegóły.
Kapitan słuchał bez przerwy. Kiedy ostatnie nagranie dobiegło końca, cisza w pomieszczeniu wydawała się ciężka, jakby sam statek nachylił się bliżej.
Kapitan Peterson powoli wypuścił powietrze i odchylił się do tyłu, zaciskając szczękę.
„Panie Sullivan” – powiedział cicho – „jeśli to, co pan mówi, jest prawdą, to nie jest spór rodzinny. To próba zabójstwa na pokładzie mojego statku”.
Ścisnęło mnie w gardle. „Tak.”
Przez chwilę patrzył mi w oczy, po czym skinął głową, stanowczo.
„Spędziłem dwadzieścia lat na morzu” – powiedział. „Widziałem, co chciwość robi z ludźmi. Nie będę cię obrażał, udając, że twoja historia jest niewiarygodna”.
Coś we mnie wtedy pękło. Nie do końca ulga. Rozpoznanie. To, że ktoś mi uwierzył, znaczyło więcej, niż się spodziewałem.
Carl pochylił się do przodu. „Kapitanie, mamy plan, ale potrzebujemy twojej współpracy”.
Rozłożyliśmy to starannie.
Dziś wieczorem miała się odbyć gala kapitańska. Na statku będzie tłoczno, muzyka będzie głośna, a ludzie będą rozproszeni. Idealna przykrywka dla każdego, kto chciałby się wymknąć i zainscenizować „wypadek”. Pomysł był prosty: wezmę udział w gali, udam, że wszystko jest w porządku, a potem wyjdę, jakbym wracał do swojej kabiny. Zamiast tego zniknę w bezpiecznym miejscu z Carlem. Ochrona statku będzie pilnować drzwi mojej kabiny i korytarza. Jeśli mężczyzna spróbuje wejść do mojego pokoju lub wyjść na balkon, złapią go na gorącym uczynku.
Kapitan Peterson słuchał, po czym wstał i zaczął chodzić za biurkiem, zastanawiając się.
„To dobry plan” – powiedział. „Ale możemy go wzmocnić”.
Nacisnął przycisk na telefonie stacjonarnym. Wszedł ochroniarz, barczysty mężczyzna o spokojnym spojrzeniu.
„Poruczniku” – powiedział kapitan – „potrzebuję cywilów na pokładzie 8 dziś wieczorem. Dwóch na każdym końcu korytarza w pobliżu kabiny 847. Dodatkowe kamery na klatkach schodowych. Chcę, żeby kamery zostały przeniesione, gdzie to możliwe, i chcę otrzymywać pełny raport co trzydzieści minut”.
Oficer skinął głową bez wahania. „Tak, kapitanie.”
Wtedy kapitan Peterson zwrócił się do mnie i wyciągnął niewielki przedmiot, nie większy od breloczka.
„To urządzenie antypaniczne” – powiedział. „Jeśli je naciśniesz, wyśle powiadomienie bezpośrednio do ochrony statku z twoją lokalizacją. Miej je zawsze przy sobie”.
Wziąłem go. Plastik wydawał się lekki, niemal niewinny, ale ciężar tego, co oznaczał, przygniatał moją dłoń.
„Od tej chwili” – powiedział kapitan stanowczym głosem – „jesteście pod ochroną tego statku. Na moim statku nie dzieje się nic, za co nie odpowiadam”.
Przełknąłem ślinę. „Dziękuję, Kapitanie.”
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.
