Dwanaście pokładów lśniącego białego metalu i szklanych balustrad, unoszący się wieżowiec pod słońcem Florydy. Wyglądało jak luksusowa ucieczka, jak pocztówka w rzeczywistości.
Według planu mojego syna, to właśnie tam miałem zniknąć.
Pociągnąłem walizkę w stronę wejścia. Koła stukotały na szczelinach w betonie. Moje serce uspokoiło się i stało się kontrolowane. Strach był obecny, owszem, ale towarzyszyło mu coś jeszcze: cel.
Przy stanowisku odprawy pracownik uśmiechnął się z wyćwiczonym ciepłem. „Panie Sullivan? Jakież to ekscytujące. Pierwszy rejs?”
„Tak” – powiedziałem, starając się, by mój głos brzmiał miękko, nieco krucho. „Mój syn mi to dał. Mówi, że muszę się zrelaksować”.
„Jaki troskliwy syn” – powiedziała, przeglądając moje dokumenty. „Już pewnie za tobą tęskni”.
Gdybyś tylko wiedział, pomyślałem, zachowując neutralny wyraz twarzy.
Wszedłem po trapie do wnętrza statku, powietrze zmieniło się z wilgotnego upału Miami w chłodny, klimatyzowany luksus. Dywany tłumiły kroki. Gdzieś nad głową grała łagodna muzyka. Korytarz wypełniał zapach perfum i polerowanego drewna.
Moja kabina znajdowała się na pokładzie 8. Kiedy znalazłem drzwi, numer zabłysnął jak mała obelga: 847.
W środku wszystko było nieskazitelnie czyste. Biała pościel, szczelnie schowana. Meble z polerowanego drewna. Telewizor z płaskim ekranem. Łazienka pachnąca hotelowym mydłem i wybielaczem. Przesuwane szklane drzwi otwierały się na prywatny balkon, z którego rozciągał się bezkresny, jasny ocean.
Prywatny balkon.
Natychmiast uświadomiłem sobie, że nie ma tam żadnych kamer.
Łatwo było sobie wyobrazić, jak łatwo byłoby sprawić, żeby ktoś „przypadkowo” wypadł za barierkę, gdy nikt nie patrzy.
Michael wybrał tę chatę ostrożnie.
Usiadłem na skraju łóżka i wsłuchiwałem się w stłumiony warkot silników statku dochodzący przez podłogę. Czułem to jak bicie serca, miarowe i obojętne.
Potrzebowałem planu.
Nie fantazja o konfrontacji z synem i doprowadzeniu go do płaczu. Nie desperacka modlitwa o zmianę zdania. Plan oparty na rzeczywistości, dowodach i przetrwaniu.
Wyciągnęłam telefon i przewinęłam do numeru, który zapisałam sobie kilka miesięcy temu, ale nigdy nie użyłam. Frank Harrison, prywatny detektyw. Poznałam go w ośrodku społecznościowym, kiedy pomagał sąsiadce z byłym mężem. Podał mi swoją wizytówkę i powiedział: „Nie czekaj, aż będzie za późno”.
Wówczas skinąłem uprzejmie głową, schowałem kartę i założyłem, że nigdy jej nie będę potrzebował.
Teraz mój kciuk zawisł nad przyciskiem połączenia, a statek pode mną zawibrował.
Nacisnąłem.
Zadzwonił trzy razy, zanim odezwał się głęboki głos: „Harrison”.
„Detektyw Harrison” – powiedziałem cicho. „To Robert Sullivan. Poznaliśmy się w Hope Community Center w Chicago”.
Chwila ciszy, a potem jego ton lekko się zmienił, jakby rozpoznał go. „Panie Sullivan. Tak, pamiętam. W czym mogę panu pomóc?”
Spojrzałem przez szybę balkonu na wodę błyszczącą, jakby nie wiedziała nic o zdradzie.
„Muszę cię zatrudnić” – powiedziałem. Mój głos brzmiał spokojnie, wręcz zbyt spokojnie. „To delikatna sprawa”.
„Dobrze” – powiedział ostrożnie. „Powiedz mi, co się dzieje”.
Przełknęłam ślinę, poczułam, jak gardło mi się zaciska, i z trudem wyrzuciłam z siebie słowa.
„Mój syn próbuje mnie zabić”.
Cisza.
Nie było to niedowierzanie, ale raczej oszołomiona cisza człowieka próbującego przystosować swój umysł do czegoś niebezpiecznego.
„Jesteś pewien?” – zapytał Harrison, a jego głos stał się ostrzejszy, bardziej profesjonalny. „To poważne roszczenie”.
„Słyszałem go” – powiedziałem. „Przez telefon. Rozmawiał z żoną. Bilet w jedną stronę na rejs. Polisa ubezpieczeniowa. Udawał wypadek”.
Kolejna chwila ciszy, po czym zapytał: „Gdzie teraz jesteś?”
„Na statku wycieczkowym” – powiedziałem. „Star of the Sea. Właśnie wypłynęliśmy z Miami. Ograniczony internet. Siedem dni”.
„Posłuchaj mnie” – powiedział Harrison, a cały sceptycyzm zniknął. „Jeśli to, co mówisz, jest prawdą, jesteś w prawdziwym niebezpieczeństwie. Musisz być ostrożny. Żadnych odosobnionych miejsc. Nie przyjmuj drinków od nieznajomych. Miej naładowany telefon. I musimy wszystko udokumentować”.
„Właśnie dlatego dzwonię” – powiedziałem. „Musisz zbadać finanse Michaela. Długi. Pożyczki. Hazard, jeśli taki istnieje. Potrzebuję dowodu, który wytrzyma w sądzie”.
„W porządku” – powiedział. „Zaczynam natychmiast. Wyślę panu SMS-em dane do płatności zaliczki. Ale, panie Sullivan, musi pan zrozumieć, że na morzu nie można zakładać, że ktokolwiek jest bezpieczny”.
Ponownie spojrzałem na prywatny balkon, na metalową balustradę czekającą niczym zaproszenie.
„Rozumiem” – powiedziałem. „A detektywie? Skończyłem z naiwnością”.
Kiedy zakończyłem rozmowę, syrena okrętowa zabrzmiała cicho i głośno, wibrując w powietrzu. Mimo to wyszedłem na balkon, tylko na chwilę, żeby poczuć to, co Michael mógł sobie wyobrazić.
Ciepły wiatr smagał mi twarz. Ocean rozpościerał się we wszystkich kierunkach, obojętny i piękny. W dole woda wzburzyła się na biało tam, gdzie przecinał ją statek.
Lekko chwyciłem się poręczy i spojrzałem w dół.
Pomyślałem, że łatwo będzie komuś popchnąć.
Łatwiej byłoby wszystkim uwierzyć, że to był wypadek.
Puściłem poręcz i wróciłem do środka.
Od tego momentu wiedziałem, co zrobię dalej.
Zastosowałbym się do „zasad” Michaela.
Ale na moich warunkach.
Nie rozpakowałem się tak, jak rozpakowuje się człowiek na wakacjach.
Rozłożyłam swoje rzeczy z pewną starannością, która wynikała z lat prowadzenia rachunków i czytania ludzi. Paszport w szufladzie przy łóżku. Ładowarka do telefonu podłączona i schowana tam, gdzie mogłam po nią szybko sięgnąć. Leki na stoliku nocnym. Buty poskładane razem, sznurówki poluzowane, żebym nie musiała się wiercić, gdybym musiała szybko działać.
Następnie stanąłem na środku kabiny i nasłuchiwałem.
Statek miał swój własny dźwięk. Ciche, nieustanne wibracje w kościach ścian. Słaby szmer klimatyzacji. Kroki w korytarzu, wyciszone przez dywan. Gdzieś nade mną wybuch śmiechu, brzęk szkła, stłumiony łomot muzyki, która rozbrzmiewała, gdy pasażerowie przechodzili w tryb wakacyjny.
Dla wszystkich innych był to pływający kurort.
Dla mnie to miejsce stało się miejscem zbrodni, która jeszcze się nie wydarzyła.
Zmusiłem się do wdechu przez nos i wydechu przez usta, powoli i miarowo, aż serce przestało mi walić. Panika sprawiłaby, że stałbym się niedbały. Niedbała postawa sprawiłaby, że umarłbym.
Mój telefon zawibrował.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.
