Wiosenny wiatr, który według kalendarza miał przynieść zapach młodości

Wiosenny wiatr, który według kalendarza powinien przynieść zapach młodej trawy, dziwnie pachniał spalenizną, mokrą ziemią i zmęczeniem. Z powodu nisko wiszących chmur, dacza Energetik wyglądała, jakby była cicho odłączona od świata: żadnych jaskrawych kolorów, żadnego blasku słońca – tylko szara mgła, puste płoty i sporadyczne dźwięki: szczekanie psa, trzask zardzewiałej bramy, chlupot błota pod kołami.

Agłaja patrzyła na kałuże drżące pod ciężarem wiatru i myślała, że ​​nie ma na ziemi miejsca bardziej przesiąkniętego przygnębieniem. A jednak tam pojechała – do starej dzielnicy daczy, gdzie każde lato zamieniało się w biwak, gdzie wakacje były jak kara, a ona czuła się bardziej winną studentką niż gościem.

A wszystko to przez jedną kobietę.

„Aglaja, nie patrz tak na mnie” – powiedział cicho Dmitrij, zerkając na nią szybko. Próbował się uśmiechnąć, ale wyszło mu to nieprzekonująco, jakby jego twarz zapomniała, jak to jest. „Zaraz będziemy, rozładujemy bagaże, a potem prosto do grilla. Obiecałem”.

Nic nie powiedziała. Uniosła tylko torbę z grillem i zauważyła spływającą z niej wilgoć – albo odrażający zapach benzyny z kultywatora, albo wiosenną wilgoć. W samochodzie unosił się zapach wszystkiego, tylko nie relaksu 

Ale nie pytała. Było już późno – byli prawie na miejscu. I nie miało to sensu: Dmitrij zawsze robił to, czego oczekiwała od niego matka, a nie żona.

Zinaida Pietrowna stała w bramie – zgarbiona, zwinna, o surowym wyrazie twarzy, który sprawiał, że Agłaja czuła ucisk w żołądku. Jakby ta kobieta była uformowana nie z ludzkich emocji, lecz z wymagań, krytyki i wiecznego niezadowolenia.

Trzymała łopatę jak flagę wojskową. W jej spojrzeniu nie było ciepła, tylko niecierpliwość.

„Wreszcie!” krzyknęła, a jej głos rozniósł się echem po pustych przestrzeniach. „Słońce już przebiło się przez środek nieba, a oni dopiero co przybyli!”

Spojrzała na Aglaję, jakby po raz pierwszy zobaczyła białe trampki. Jej wzrok był pełen osądu, potępienia i pogardy jednocześnie.

Agłaja wiedziała, że ​​dla teściowej jej wygląd stanowił wyzwanie. Jej manicure był oznaką lenistwa. Jej piękne włosy – pustką. Jej jasne dżinsy były oznaką braku szacunku dla ziemi.

A najgorsza rzecz to chęć odpoczynku.

„Idź do szopy” – powiedziała Zinaida Pietrowna, nawet się nie witając. „Przebierz się. Mam tam buty i ciepłą kurtkę wojskową. Została mi po zmarłym mężu – całkiem niezła. Idealna do czołgania się pod krzakami”.

„Nie będę się czołgać pod krzakami” – odpowiedziała Agłaja cicho, ale stanowczo.

To zdanie zawisło w powietrzu niczym sygnał alarmowy przed burzą.

Zinaida Pietrowna zmrużyła oczy.

— Co masz na myśli mówiąc, że nie idziesz? Po co tu przyszedłeś?

„Chcieliśmy odpocząć” – odpowiedziała Agłaja. „Dmitrij mi obiecał”.

Słowo „reszta” zabrzmiało tu niemal jak obelga.

Teściowa podeszła bliżej. Jej głos stał się ostry, chropawy, jak zmrożona trawa.

„Dopóki żyję, tylko koty i leniuchy mogą odpoczywać na mojej ziemi. Ale ty jesteś rodziną. Rodzina pracuje. Maj nie jest czasem grillowania”.

Zwróciła się do syna:

„Dmitrij, weź łopatę. Ziemniaki same się nie zasadzą. Trzy worki to dopiero początek. Oczyściłem też miejsce za szopą.”

Dmitrij mimowolnie wydał cichy jęk.

Aglaja usłyszała go i poczuła, że ​​coś w niej pęka.

Czy tak będzie zawsze?

Czy to prawda, że ​​każdy wyjazd za miasto jest hołdem złożonym ideałom ich matki, a nie ich wspólnemu życiu?

Gdy Dmitrij podszedł do pnia, zobaczyła jego plecy – zgarbione, zmęczone i z dziwną, niespodziewaną rozpaczą. Jakby wpadł do dołu wykopanego przez tę samą kobietę, która teraz nimi dowodziła.

I wtedy Agłaja zrozumiała: jeśli teraz będzie milczała, to tak będzie już do końca życia.

Jeśli będzie posłuszny, przestanie być sobą.

Wiosenny wiatr poruszył jej włosy i w końcu coś pękło.

„Dmitriju” – jej głos zabrzmiał niespodziewanie spokojnie – „nie będę pracować dla twojej matki”.

Zamarł.

Zinaida Pietrowna zbladła, jakby usłyszała bluźnierstwo.

„Co powiedziałaś, dziewczyno?” syknęła.

Aglaya podniosła wzrok. Nie bała się. Była po prostu zmęczona.

„Nie będę kopał grządek. Nie będę rozbijał grud ziemi. Nie będę nosił czyichś starych butów. Przyjechałem tu, żeby odpocząć. Nie, żeby pracować na czyjeś życie”.

Cisza stała się gęsta jak bagno.

Pies sąsiada przestał szczekać, jakby wyczuł, że wydarzy się coś ważnego.

Dmitrij stał między nimi, zdezorientowany, niczym dziecko ciągnięte w różnych kierunkach przez dwóch dorosłych.

Aglaja zobaczyła, jak matka napiera na niego wzrokiem – ciężkim, wymagającym, żelaznym.

I jak jej mężczyzna znów się pochyla.

Jak się łamie.

Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.