Trzecia nad ranem to pora, kiedy nawet ściany…

Ja. Który odgadłem jego nastrój po ciepłym ruchu brwi.

Ja. Który pamiętał, jak uwielbiał herbatę – z trzema kostkami cukru i kroplą cytryny.

Ja. Która trzymałam go za rękę, gdy umierał jego ojciec.

Ślepy.

„Ona żyje ze swojego ogrodu i ciast” – powiedział, jakby wyliczał niższe formy życia. „Żadnych ambicji, żadnych planów. Sam niosę tę rodzinę od tylu lat… Chcę wolności”.

Wolność.

Kiedy mówił, słyszałam, jak coś we mnie pęka, rozchodzi się spiralnie, jak pękający lód na jeziorze. Powoli. Nieuchronnie.

„Rozumiesz, Irina” – kontynuował – „takie kobiety są wygodne. Wierzą we wszystko. Udajesz, że je szanujesz i tyle. Nawet nie zapyta, jakie masz dokumenty”.

Odbiorca, młody i pewny siebie, roześmiał się.

Irina.

Przypomniałam sobie, jak przychodziła do mnie po egzaminach, siadała na krześle, podciągała nogi jak dziecko i mówiła:

„Ciociu Olo, jesteś taka dobra... czasami wydaje mi się, że twoje serce płonie.”

Serce płonie.

Teraz moje serce zdawało się gasnąć, niczym lampa migocząca po raz ostatni, zanim zgaśnie.

„Ale mówiłeś, że ona niczego nie będzie podejrzewać” – powiedziała Irina.

„Nie będzie” – odpowiedział pewnie. „Starzeje się. Stała się miękka, potulna… nie ma w niej ani iskry. Nawet nie zauważy, że jestem coraz rzadziej w domu”.

Zamknąłem oczy. Nie dlatego, że chciałem, ale dlatego, że moje oczy tego nie zniosły.

Stała się miękka. Giętka. Starzeje się.

Tak, zmieniłam się. Po raz pierwszy od lat zaczęłam żyć wolniej. Cieszyłam się porankami, gdy słońce padało na parapet. Hodowałam kwiaty na balkonie – te same, które go smuciły, bo „w domu było za dużo brudu”. Piekłam ciasta dla dzieci sąsiadów. Czytałam książki. Nauczyłam się kochać ciszę.

Jak się okazało, w jego oczach oznaczało to jedno: bezużyteczność.

Gdy odstawił kubek, coś odbiło się od kuchennego stołu.

„Tak, tak” – powiedział zirytowany. „Nie denerwuj się. Odlecimy zgodnie z planem. Czas zacząć nowe życie. Mam już dość udawania”.

Nowe życie.

A na czym więc polegała cała nasza wspólna praca?

Czy to podróbka? Próba jakiegoś innego występu?

Nagle poczułem, że mam trudności z oddychaniem. Gardło ścisnęło mi się, jakby ktoś wepchnął mi gorący kamień. Zimno płytek pod bosymi stopami mieszało się z lodowatym potem spływającym po plecach.

"On mi poda papiery."

"Sprzedam mieszkanie."

"Beze mnie ona jest nikim."

Jestem nikim?

Kobieta, która przez dwadzieścia pięć lat utrzymywała dom jak twierdzę?

Ten, który pisał mu raporty nocą, gdy prosił go o pomoc?

Kto nosił swoje imię jak medal, bez wahania?

Nikt.

Nie usłyszałem własnego cichego szlochu. Był on cichy, prawie niesłyszalny, ale dźwięk był zdradliwy – uderzył mnie w twarz jak policzek.

Aleksiej nagle zamilkł. Krzesło zaskrzypiało.

„Czekaj” – powiedział do telefonu. „Myślę…”

Moje palce zacisnęły się na krawędzi ściany. Skuliłem się, jakbym próbował się zwinąć w kłębek.

Kroki. Ciche, ale pewne. Kieruje się do drzwi. Kolejny krok.

Wyczułem jego cień, zanim zobaczyłem błysk światła.

„...tak mi się wydawało” – powiedział w końcu. „Teraz chrapie jak traktor, jakby spała”.

Zakryłam usta dłonią. Łzy napłynęły mi do oczu. Gorące. Słone. Upokarzające.

Chrapię.

Czy chrapię?

Nawet nie śpię głęboko obok niego – cały czas słucham jego oddechu, na wypadek gdyby zachorował, gdyby czegoś potrzebował...

Chciałem wyć. Nie szlochać, nie płakać – wyć jak ranne zwierzę, któremu poderżnięto gardło, ale ono wciąż żyło i nie rozumiało: dlaczego?

„Do rzeczy” – powiedział sucho Aleksiej. „Jutro potwierdzę godzinę u notariusza. Jej podpis – i tyle. Pieniądze mamy w kieszeni”.

Pieniądze.

Apartament.

Wolność.

Jestem przeszkodą.

Moje życie jest zbędne.

Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.