Trzecia nad ranem to pora, kiedy nawet ściany…

Cicho, nie krzycz…” Jego głos brzmiał obco. Znajomy w barwie, ale nie w znaczeniu. Tam, gdzie moje imię zazwyczaj brzmiało z lekkim znużeniem, teraz słychać było w nim nuty irytacji.

Zamarłam na korytarzu, przyciśnięta do ściany. Jego głos był niski, władczy – taki, jakiego używał tylko w pracy, w rozmowie z podwładnymi, gdy popełniali błędy.

„Tak, sprawdziłem” – powiedział spokojnie i chłodno. „Śpi jak kamień. Możemy porozmawiać”.

W domu zrobiło się zimniej, jakby zimowy przeciąg przeszedł przez moje kości.

„Ostatnio stała się trochę… kurą” – zaśmiał się Aleksiej. „Ufna jak pies”.

To słowo uderzyło mnie tak niespodziewanie i boleśnie, że ledwo utrzymałam się na nogach. Kurwa. Suka. Te słowa brzmiały jak jedno zdanie, między wierszami.

Mąż kontynuował:

„Dokumenty są gotowe u notariusza. Po rocznicy wręczę je jej. Powiem jej, że to przeniesienie własności daczy ze względów podatkowych. Podpisze to, jak zwykle. Zawsze podpisuje wszystko, co przyniosę. Jedyne, na czym jej zależy, to kopanie grządek i pieczenie ciast…”

Po tym nie mogłem oddychać. Słuchałem tylko, jak świat, który budowałem przez ćwierć wieku, rozpada się w pył.

Po drugiej stronie linii rozległ się głos. Kobieta. Młoda, niecierpliwa, o władczym tonie. Znałem ten głos. Znałem go aż za dobrze.

Irina.

Dziewczyna, którą pamiętałam z piątego roku życia. Córka naszych przyjaciół. Ta, którą pomogłam dostać się na studia, ta, której sukienkę na zakończenie roku szkolnego zerwałam z krzywej kokardy... Dziewczyna, która nazywała mnie ciocią Oli. Dziewczyna, dla której nalewałam herbatę w tej kuchni. Ta, która zwierzała mi się ze swoich romansów.

A teraz zapytała go kapryśnie, niemal oburzona:

— Obiecałeś, że po sprzedaży polecimy do Hiszpanii...

Aleksiej westchnął:

„I odlecimy. Jak tylko sprzedam jej mieszkanie. Jest już kupiec. Potrzebuję tylko, żeby podpisała umowę. Ale dokąd indziej miałaby pójść? Beze mnie jest niczym. Bez pracy, bez znajomości…”

Słowa padały powoli, metodycznie, z sadystyczną przyjemnością. Uderzenie. Pauza. Uderzenie. Pauza.

Osunęłam się na podłogę. Chłód płytek przeszył moją szatę, niczym lodowata dłoń ściskająca plecy. Krzyk rozbrzmiał mi w piersi, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Mogłam tylko wpatrywać się w ciemność, gdzie drżał cień kuchennych drzwi, jakby dom również rozumiał: działo się coś niemożliwego.

Siedem tysięcy dni małżeństwa. Dwadzieścia pięć lat. Miliony słów, setki podróży, dziesiątki wspólnych zdjęć. A wszystko to okazało się nie życiem... a spektaklem.

Siedziałam na zimnej podłodze, chłonąc każde jego słowo – niczym uderzenia młota spadające na szklany wazon. A w środku wszystko rozsypywało się już na drobne kawałki, niemożliwe do poskładania bez skaleczenia się i rozlania krwi.

„Nie rozumiesz” – kontynuował Aleksiej, jego głos stał się łagodniejszy, niemal delikatny, ale nie był to ten sam ton, którym zwracał się do mnie. „Mam dość takiego życia. Mam dość jego niekończących się rodzinnych rozmów, jego banału. Jest dobre, owszem… ale ono nic nie widzi. Ślepy kurczak”.

Ślepy.

Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.