Rozdałem czekoladki urodzinowe, a potem zaczął się krzyk

Było tam małe, niezależne laboratorium, z którego korzystali prokuratorzy, gdy nie chcieli, by korporacyjna polityka wpływała na ich wyniki. Pracowałem nad kilkoma sprawami, w których potrzebowaliśmy ich pomocy. Byli mi winni przysługę.

Położyłam torbę na ladzie i spojrzałam technikowi w oczy.

„Potrzebuję pełnego badania toksykologicznego” – powiedziałem. „Szybko. Zapłacę, ile się da”.

Spojrzał mi w twarz i nie protestował.

Czekając, pojechałem z powrotem do Dublina.

Dom Morrisonów wyglądał tak samo jak poprzedniego dnia. Biała elewacja. Czarne okiennice. Klon. Idealny trawnik. Powinien wydawać się znajomy.

Zamiast tego przypominało maskę.

Nie dzwoniłem długo. Nikt nie odpowiedział. Użyłem klucza.

W środku powietrze było gęste i stęchłe, jakby cały dom wstrzymywał oddech.

Tata siedział na kanapie, z łokciami na kolanach, wpatrując się w ciemny telewizor. Evelyn chodziła w pobliżu drzwi kuchennych, ściskając telefon w dłoni tak mocno, że aż zbladła. Melissa stała przy kominku ze skrzyżowanymi ramionami, z rozmazanym tuszem do rzęs, jakby płakała i ocierała twarz ze złości.

Wszyscy jednocześnie zwrócili na mnie wzrok.

„Brandon się obudził” – powiedziałem.

Evelyn zamarła w pół kroku. Tata gwałtownie uniósł głowę. Melissa wydała z siebie cichy, bolesny dźwięk, jakby słowo „przebudź się” dźgnęło ją nożem.

Wyciągnąłem telefon i włączyłem dyktafon. Czerwona kropka jasno świeciła.

Nie ukrywałem tego, co robiłem.

„Zacznij mówić” – powiedziałem.

Evelyn najpierw spróbowała łagodnego tonu. Głosu zatroskanej macochy, którego używała, gdy chciała wyglądać rozsądnie.

„Kendall, strasznie martwimy się o dzieci” – powiedziała. „To nie jest czas na oskarżanie kogokolwiek”.

„Przestań” – powiedziałem. „Brandon powiedział mi, że ostrzegałeś go, że te czekoladki są tylko dla mnie. Powiedział mi, że kazałeś mu ich nie jeść. Dlaczego to zrobiłeś?”

Tata otworzył usta, a potem je zamknął. Jego wzrok powędrował ku Evelyn, błagając bez słów.

Spojrzenie Evelyn powędrowało na mój telefon, a potem z powrotem na mnie. Patrzyłem, jak dokonuje wyboru.

Wybrała gniew.

„Bo były przeznaczone dla ciebie” – warknęła.

Powietrze w pomieszczeniu zamieniło się w lód.

Głos taty zabrzmiał ostro: „Evelyn, przestań”.

Zignorowała go i podeszła bliżej, a na jej twarzy malowała się pogarda, którą widywałem w przebłyskach od lat.

„Gromadzisz wszystko” – powiedziała. „Te pieniądze, które zostawiła ci matka, leżą tam, podczas gdy my walczymy o przetrwanie. Masz pojęcie, jak to jest martwić się o kredyt hipoteczny i czesne, mieszkając w centrum i udając, że jesteś lepszy od nas?”

Utrzymywałam spokojny głos. „Płacę rachunki z pracy. Spadek nigdy nie był dla ciebie dostępny. Więc dlaczego te czekoladki były przeznaczone dla mnie?”

Jej usta się wykrzywiły. „Jeden atak serca” – powiedziała, jakby recytowała wyuczony plan. „Tylko tyle by wystarczyło. Środek nocy. Powiedzieliby, że stres. Albo genetyka. Trafiłoby to do twojego ojca. Do nas. Tak jak powinno być od początku”.

Melissa wybuchnęła szlochem, tusz do rzęs spływał jej po policzkach. „Chcieliśmy tylko, żeby Brandon miał przyszłość” – płakała. „Prywatna szkoła. Szansa. Nigdy się nie dzielisz. Pieniądze mamy powinny być dla nas wszystkich”.

Ramiona ojca opadły, lecz on nadal nie dawał za wygraną.

Pozwalam im mówić.

Pozwalam, aby każde słowo padło na moje nagranie niczym gwóźdź zamykający trumnę ich wymówek.

Kiedy Evelyn w końcu zdała sobie sprawę, co zrobiła, jej oczy rozszerzyły się nagle z przerażenia. „Byłam zdenerwowana” – wyjąkała. „Nagrywasz to wyrwane z kontekstu”.

„Mówiłeś poważnie” – powiedziałem.

Zatrzymałem nagrywanie i włożyłem telefon do kieszeni.

„Właśnie przyznałeś się do usiłowania zabójstwa” – powiedziałem. „Dwie ofiary są nieletnie. Mam nadzieję, że rozumiesz, co się dzieje dalej”.

Wyszedłem.

Drzwi wejściowe zamknęły się za mną z cichym, ostatecznym kliknięciem, co odczułam jak zamknięcie rozdziału.

Jechałem godzinami. W górę i w dół drogą 315. Przez most przy Scioto Mile, rzeka odbijała światła miasta niczym potłuczone szkło. W stronę przedmieść i z powrotem, z rękami zaciśniętymi na kierownicy.

O świcie podjąłem decyzję, która nie była logiczna, ale wydawała się konieczna.

Udałem się do salonu w Short North zaraz po jego otwarciu.

Recepcjonistka wyglądała na zaskoczoną. „Czy mogę w czymś pomóc?”

„Potrzebuję strzyżenia i farbowania” – powiedziałam. „Muszę wyglądać jak ktoś, kogo nie da się onieśmielić”.

Cztery godziny później moje włosy były już ostrzyżone na ostro, ciemnokasztanowe i lśniące. Otaczały moją szczękę niczym zbroja.

Nie czułam się inną osobą. Czułam się tą samą osobą, tylko z wyostrzonymi rysami twarzy.

Stamtąd poszedłem prosto na East Gay Street.

Biuro Gregory'ego Lawsona mieściło się na dwunastym piętrze szklanego budynku, który wyglądał na drogi i bezduszny. Gregory był prawnikiem, którego zatrudniało się, gdy potrzebowało się czystego garnituru i bezwzględnego umysłu.

Pracowaliśmy już razem. Kiedyś powiedział mi, pół żartem, pół serio, że jeśli kiedykolwiek będę potrzebował naprawy czegoś więcej niż arkusza kalkulacyjnego, powinienem do niego zadzwonić.

Usiadłem naprzeciwko jego biurka i położyłem telefon na środku.

Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.