Antyseptyk i strach.
Pielęgniarka w jaskrawoniebieskim uniformie podeszła prosto do mnie, jakby czekała na mnie. „Kendall?” zapytała.
„Tak” – szepnąłem.
"Proszę ze mną."
Strefa triażu zamgliła się. Dzieci płakały. Rodzice chodzili w tę i z powrotem. Monitorzy ćwierkali swoje nieustanne piosenki. Buty pielęgniarki skrzypiały na podłodze w rytmie, który wydawał się okrutnie normalny.
Wyszedł mi na spotkanie lekarz. Po czterdziestce. Siwe włosy na skroniach. Cienie pod oczami, jakby tu mieszkał.
„Jestem doktor Harris” – powiedział. „A ty jesteś Kendall?”
"Tak."
Zaprowadził mnie do grupy krzeseł ustawionych pod ścianą, jakby już wiedział, że będę potrzebowała pomocy, żeby utrzymać się w pozycji pionowej.
„Pana brat i siostrzeńcy zostali przywiezieni około czterdziestu minut temu” – powiedział. „Wszyscy trzej doświadczyli nagłych ataków padaczki, po których nastąpiło zatrzymanie akcji serca. Ratownicy medyczni reanimowali ich na miejscu. Ustabilizowaliśmy ich stan, ale są w stanie krytycznym”.
„Zatrzymanie akcji serca” – powtórzyłem, bo te słowa nie dotyczyły dzieci. „Mają dwanaście, siedem i pięć lat”.
„Wiem” – powiedział, a jego głos nieco złagodniał. „Dlatego jesteśmy niezwykle zaniepokojeni. Ich wyniki badań krwi wskazują na znaczny poziom środka kardiotoksycznego. Czegoś szybko działającego. Czegoś, co nie wygląda na przypadkowe”.
Korytarz się przechylił. Pielęgniarka złapała mnie za łokieć i podtrzymała.
Środek kardiotoksyczny.
Szybko działający.
Nieprzypadkowo.
Znów zobaczyłem w myślach te czekoladki, lśniące i idealne, ułożone w małym złotym rzędzie w kołysce.
„Panie doktorze” – wydusiłem z siebie, zdarty z gardła – „zjedli czekoladę. Wymyślne pudełko w domu mojego taty. Czy to możliwe…”
„Przeprowadzamy pełne badania toksykologiczne krwi i treści żołądkowej” – powiedział. „Ale tak. Jeśli coś zostało wprowadzone do czekoladek, byłaby to prawdopodobna metoda podania”.
Jego słowa trwały. Respiratory. Kroplówki. Monitoring. Transport na OIOM.
Ale mój mózg uczepił się jednej prawdy i nie chciał się jej pozbyć.
Zjadłeś coś?
Ile zjadł Brandon?
Powiedz, że zjadłeś trochę.
Nie martwili się, że zachoruję.
Obawiali się, że tego nie zrobiłem.
Uświadomienie sobie tego faktu nie nastąpiło powoli.
Uderzyło mnie to tak, jakby ktoś otworzył drzwi kopniakiem.
Moje ręce zaczęły się tak mocno trząść, że musiałem wcisnąć je między kolana, żeby je nie ruszać.
Prezent urodzinowy nie miał trafić w ręce jutra.
Zapakowali śmierć w tekturkę ze wstążkami i napisali na niej „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin”.
Jedynym powodem, dla którego wciąż oddychałem, było to, że nigdy nie nauczyłem się przyjmować od nich czegokolwiek bez mrugnięcia okiem.
A gdzieś za plastikowymi zasłonami i jarzeniówkami mój brat i dzieci mojej siostry walczyli o życie, bo wręczyłem im pudełko, okraszając je żartem o tym, że Evelyn pobiera opłaty za wstęp.
Przełknąłem żółć. W ustach czułem metaliczny smak.
Głos doktora Harrisa przyciągnął mnie z powrotem. „Musimy zadać ci kilka pytań” – powiedział łagodnie. „Kto miał dostęp do tych czekoladek?”
Spojrzałam na niego.
Potem usłyszałem siebie mówiącego bardzo cicho: „Moja rodzina tak zrobiła”.
I w tym momencie, gdy monitory piszczały, a powietrze w szpitalu było zbyt zimne, poczułam na skórze, że nie mam już do czynienia z dysfunkcją rodziny.
Miałem do czynienia z przestępstwem.
Dr Harris zapytał, kto ma dostęp do czekoladek, a pytanie brzmiało prosto. Brzmiało jak coś, na co można odpowiedzieć jednym zdaniem i przejść dalej.
„Moja rodzina tak zrobiła” – powiedziałem.
Słowo „rodzina” źle mi smakowało.
Skinął głową, jakby to potwierdzało coś, co już podejrzewał. „Potrzebujemy nazwisk” – powiedział. „Potrzebujemy adresów. Musimy wiedzieć, skąd pochodzą czekoladki i kto się nimi zajmował”.
Mój umysł próbował go wyprzedzić. Wciąż powracał ten sam obraz: lśniące białe pudełko na progu, idealnie zawiązana wstążka, kartka z pismem Evelyn, które nie było jej pismem. Żołądek podchodził mi do gardła, jakby ciało próbowało wyrzucić z głowy tę świadomość.
Pielęgniarka zaprowadziła mnie korytarzem, a szpital pochłonął mnie w całości.
Wszystko na oddziale intensywnej terapii zdawało się zaprojektowane tak, by pozbawić komfortu. Światła były zbyt jasne, powietrze zbyt zimne, ściany zbyt blade. Aparaty brzęczały i piszczały w rytmach, które brzmiały jak język, którego nie chciałem się uczyć. Kroplówki wisiały jak smutne balony. Rurki biegły od małych ciał do sprzętu, który wyglądał na o wiele za duży.
Brandon był w pierwszym pokoju.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.
