Oczy Brandona rozszerzyły się. Starał się brzmieć starzej, niż był. „Co to jest?”
„Prezent urodzinowy od taty i Evelyn” – powiedziałem, przewracając oczami. „I wy troje będziecie się nim cieszyć bardziej niż ja”.
Postawiłem pudełko na stoliku kawowym.
Brandon zawahał się. Zerknął w stronę kuchni, jakby spodziewał się, że Evelyn się pojawi i przyłapie go na zbyt głośnym oddechu. „Evelyn powiedziała…”
„Evelyn mówi wiele rzeczy” – wtrąciłem. „To było adresowane do mnie. Oddaję to tobie. Koniec historii”.
Skrzywił usta, jakby chciał się kłócić, ale nie miał na to sił. Wtedy Leighton rzucił się po wstążkę i wszelkie wahanie utonęło pod naporem radości.
Rzuciły się na pudełko jak szczeniaki rozrywające woreczek ze smakołykami. Papier poleciał. Złota plomba pękła. Wieczko oderwało się, a wszystkie trzy wydały ten sam dźwięk naraz, przeciągłe, radosne „wow”, które sprawiło, że coś mnie zabolało w piersi.
„Wybierz kilka i nie walcz” – powiedziałem, mierzwiąc Brandonowi włosy. „I może nie mów Evelyn, że dałem ci jej wypasione czekoladki z Instagrama. Mogłaby zacząć pobierać opłaty za wstęp”.
Już chwytali kawałki, śmiejąc się i kłócąc, który wygląda najładniej. Ciemna kula ze złotymi drobinkami. Idealny kwadrat z czerwonym paskiem. Marmurkowa kopuła w kolorze karmelu.
Przyglądałem się im przez minutę, próbując zapamiętać ich twarze – nieuważne, z lepkimi palcami, żywe.
Nie wziąłem ani jednego kawałka.
Potem wyszedłem.
Wróciłam do samochodu i odjechałam czując się dziwnie lżejsza, jakbym pozbyła się niechcianego przypomnienia i uwolniła trochę powietrza w mieszkaniu.
Gdybym wiedział, co jest w środku tego pudełka, spaliłbym je na parkingu.
Tej nocy, gdy chodziłam po mieszkaniu ubrana w starą koszulkę z czasów studiów, z włosami owiniętymi w ręcznik i szczoteczką do zębów w ustach, mój telefon zaświecił się, sygnalizując pierwsze połączenie.
Tata.
Odpowiedziałem, bo nawyk jest trudny do pokonania.
„Hej, ojcze solenizanta” – powiedziałem, znad pasty do zębów. „Jeśli chodzi o czekoladki, to były pyszne. Niepotrzebne, ale pyszne”.
„Kendall” – powiedział, a jego głos brzmiał niewłaściwie. Jak za mocno naciągnięta nić. „Czekoladki, które wysłaliśmy. Zjadłaś jakieś?”
Splunąłem do zlewu. Wytarłem usta. „Nie. Zostawiłem całe pudło w Dublinie. Brandon i dzieciaki je rozwalili”.
Cisza.
W słuchawce rozległ się cichy, zdławiony dźwięk. Po chwili połączenie się zakończyło.
Wpatrywałem się w ekran. Zanim zdążyłem odłożyć telefon, znów się rozświetlił.
Ewelina.
Prawie pozwoliłem, żeby włączyła się poczta głosowa. Ale nie zrobiłem tego.
„Ile zjadł Brandon?” krzyknęła. „Powiedz mi dokładnie ile. Dokładnie, Kendall.”
Włosy stanęły mi dęba.
„O czym ty mówisz?” – zapytałam, a mój głos stał się spokojniejszy. „Miał kilka. Dzieci też. To dzieci. To czekolada”.
Wydała dźwięk, który nie brzmiał jak ludzki. Cichy, jękliwy wdech, jakby całe powietrze zostało jej wyrwane z płuc. Potem połączenie się urwało.
Stałem w łazience z telefonem w ręku i wpatrywałem się we własne odbicie, jakby to mogło mi wyjaśnić, co się dzieje.
Dziesięć sekund później mój telefon zadzwonił ponownie.
Melisa.
„Proszę” – powiedziała, płacząc tak głośno, że słowa jej się plątały. „Proszę, powiedz, że żartujesz. Proszę, powiedz, że coś zjadłaś”.
Żołądek mi się ścisnął. Serce zaczęło bić głośniej.
„Melissa, co się dzieje?” – zapytałem. „Widziałem, jak Brandon i twoje dzieci to jedzą. Nie tknąłem ani kawałka. Powiedz mi, co się dzieje”.
Gwałtownie wciągnęła powietrze, jakby chciała coś powiedzieć, ale połączenie zostało przerwane.
Wpatrywałem się w telefon. Mój kciuk zawisł nad przyciskiem „oddzwoń”, ale potem znieruchomiał.
Trójka dorosłych, którzy przez całe moje życie wyzywali mnie od dramatycznych, przewrażliwionych i śmiesznych osób, teraz traci rozum z powodu pudełka czekoladek.
Mój telefon zadzwonił ponownie.
Nieznany numer Columbusa.
"Cześć?"
„Czy to Kendall Morrison?” Głos był wyraźny i profesjonalny, podkreślony cichym sygnałem dźwiękowym i niskim pomrukiem interkomu.
„Tak” – odpowiedziałem, a wypowiedziane przeze mnie słowo zabrzmiało słabiej, niż zamierzałem.
„Tu Oddział Ratunkowy w Szpitalu Dziecięcym Nationwide” – kontynuował głos. „Mamy tu twojego brata Brandona Morrisona oraz twoich siostrzeńców Leightona i Matteo Riverę w stanie krytycznym. Prosimy o jak najszybsze zgłoszenie się do nas”.
Świat skurczył się do wysokiego, dźwięcznego jęku.
„Przepraszam” – powiedziałem, bo mój mózg wychwycił niewłaściwą frazę. „Masz kogo?”
Powtórzyła ich imiona. Brandon. Leighton. Matteo. Każde imię uderzało jak cios.
„Co się stało?” – zapytałem. Mój głos załamał się przy ostatnim słowie.
„W odstępie kilku minut wystąpiły u nich drgawki i zawały serca” – powiedziała. „Na razie udało nam się ich ustabilizować. Przeprowadzamy badania toksykologiczne. Czy może pan wejść?”
Nie pamiętam, żebym zakończył rozmowę.
Nie pamiętam, kiedy wziąłem klucze.
Nie pamiętam jazdy drogą 315, ani tego, jak światła autostrady rozmazały się w białe smugi przez łzy, których nie byłam świadoma.
Pamiętam jedną rzecz bardzo wyraźnie.
Wsuwam samochód na pierwsze wolne miejsce parkingowe, jakie udało mi się znaleźć, ręce trzęsą mi się tak bardzo, że ledwo mogę przełączyć na parkowanie, a automatyczne drzwi oddziału ratunkowego otwierają się z sykiem niczym paszcza.
Najpierw uderzył mnie zapach.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.
