To, co widziano, a nie pytano, to idealna równowaga między przetrwaniem w przemyśle i społeczeństwie, które nie było gotowe zaakceptować prawdy. Społeczność LGBT całkowicie przyjęła go jako ikonę, bo doskonale rozumieli zakodowane przesłanie, potrafili czytać między wierszami, a tradycyjna meksykańska publiczność mogła swobodnie zaprzeczać oczywistości, bo Juan Gabriel technicznie nigdy tego nie powiedział przy wszystkich listach, każdy coś zyskał. Publiczność gejowska miała swoją ikonę reprezentatywną. Tradycyjna publiczność zachowała swoją komfortową iluzję, a Juan Gabriel mógł dalej pracować i odnosić sukcesy bez anulowania.
Ale Alberto, prawdziwy Alberto, głęboko zakopany, wciąż się ukrywał, wciąż udawał, wciąż żył życiem, które nie było całkowicie autentyczne ani wolne. W 1990 roku, gdy był u szczytu swojej kariery zawodowej, gdy nie mógł być wyższy, Juan Gabriel zrobił coś, czego nikt w branży się nie spodziewał ani nie rozumiał. Ogłosił, że przechodzi na emeryturę. Miał zaledwie 40 lat. Sprzedawał więcej płyt niż kiedykolwiek wcześniej w swojej karierze. Wypełnił stadiony liczące 50 000 osób w całej Ameryce Łacińskiej. Czekały na niego kontrakty na miliony dolarów, a nagle po prostu powiedział, że jest zmęczony, że potrzebuje czasu dla siebie, że musi odpocząć i odszedł.
Przeprowadził się do Los Angeles w Kalifornii. Kupił ogromną rezydencję w ekskluzywnej części miasta i przez prawie dwa pełne lata Meksyk prawie nic o nim nie wiedział. Nie udzielał wywiadów, nie pojawiał się publicznie, nie nagrywał nowej muzyki, po prostu zniknął z życia publicznego, co wywołało wszelkiego rodzaju plotki, że jest poważnie chory na jakąś chorobę terminalną, że zmarł, a jego zespół to ukrywa, by dalej sprzedawać płyty, że jest w szpitalu psychiatrycznym, że całkowicie stracił głos, że jest całkowicie bankrutem.
Żadna z tych plotek nie była prawdziwa. Prawda była jednocześnie prostsza i bardziej złożona. Juan Gabriel był głęboko wyczerpany, nie tylko fizycznie po dwudziestoletniej pracy bez przerwy, ale także psychicznie i emocjonalnie. Dekady ciągłego udawania, ukrywania się, bycia Juanem Gabrielem przez całą dobę, nigdy nie mogąc zdjąć maski, nigdy nie mogąc po prostu być Alberto. Złamały go wewnętrznie. Musiał uciec od absolutnie wszystkiego. Meksyku, który go uwielbiał, ale też więził w oczekiwaniach, w sławie, która dawała mu wszystko, ale też odbierała mu wolność, ciągłe oczekiwania bycia doskonałym, utrzymanego kłamstwa.
Musiałem przypomnieć sobie, kim był Alberto Aguilera, gdy nie musiał być dla nikogo Juanem Gabrielem. triumfalnie powrócił w 1992 roku historycznym koncertem w Palacio de Bellas Artes, który został wyemitowany w telewizji narodowej, a Meksyk przyjął go, jakby nigdy go nie opuścił. Co więcej, jakby jego nieobecność sprawiła, że był tęskniony, a jeszcze bardziej ceniony. Koncert zobaczyły miliony, był wydarzeniem kulturalnym, a Juan Gabriel wrócił, maska mocno na miejscu.
Idealny uśmiech przywrócony, idealny spektakl wykonany bez naganności, wszystko idealne dla widzów, którzy tego potrzebowali. Ale ci, którzy znali go dobrze, ci, którzy pracowali blisko niego, zauważyli coś innego. Juan Gabriel wrócił, ale część niego, ważna część, została w Los Angeles. Część, która poważnie rozważała nigdy nie powrót. część, która wyobrażała sobie inne życie, w którym nie musiałbym udawać. Lata 90. i 2000. to niemal obsesyjna praca, jakby Juan Gabriel próbował wypełnić wewnętrzną pustkę stałą zewnętrzną aktywnością, niekończącymi się trasami koncertowymi trwającymi miesiącami bez przerwy, nowymi albumami niemal co roku, koncertami w coraz większych miejscach.
Stała się idealnie naoliwioną maszyną, która nigdy tak naprawdę nie zatrzymywała się ani nie odpoczywała. Dawał ponad 200 koncertów rocznie, ciągle podróżował między krajami, co noc spał w różnych hotelach, nie mając nawet czasu na całkowite rozpakowanie. A kiedy nie pracował fizycznie na scenie, kompulsywnie pisał piosenki, bo praca była jedynym sposobem, jaki Juan Gabriel znał, by nie myśleć, nie czuć, nie stawiać czoła pustce, w której był od piątego roku życia, gdy jego matka zniknęła z jego życia.
A wraz z tą nieustanną pracą przyszły pieniądze, ogromne sumy. Juan Gabriel stał się jednym z najbogatszych artystów w całej Ameryce Łacińskiej. Posiadał milionerskie nieruchomości w Meksyku i Stanach Zjednoczonych. Luksusowe samochody, którymi prawie nie jeździłam, bo ciągle podróżowałam, droga biżuteria, ubrania od projektantów szyte na miarę, cenne dzieła sztuki, wszystko, co można było kupić za pieniądze, ale nic z tego nie wypełniało egzystencjalnej pustki. Nic nie sprawiało, że czuł się mniej samotny, bo można mieć wszystkie pieniądze świata, cały majątek, wszystkie samochody, a mimo to być całkowicie pustym w środku.
Możesz wypełnić stadiony liczące 50 000 osób krzyczących twoje imię i nadal czuć się niewidzialnym i samotnym. W maju 2000 roku zmarła Victoria Baladez. Matka Juana Gabriela, matka, która go urodziła, a potem zniknęła z jego życia, gdy miał 5 lat. Nie z powodu okrucieństwa czy egoistycznego wyboru, lecz dlatego, że jego umysł był złamany pod nieznośnym ciężarem skrajnej biedy i rozpaczy. Matka, która spędziła lata w szpitalu psychiatrycznym, podczas gdy jej najmłodszy syn tęsknił za nią każdego dnia.
Matka, która ostatecznie opuściła szpital i dla której Juan Gabriel kupił piękny dom i dał jej absolutnie wszystko, co materialne, ale która nigdy nie mogła być matką w taki sposób, jakiego desperacko potrzebuje pięciolatek. Juan Gabriel był absolutnie zdruzgotany w sposób, który zaskoczył nawet tych, którzy dobrze go znali. Pogrzeb był publiczny i ogromny. Cały Meksyk widział Juana Gabriela płaczącego w telewizji, z bólem tak silnym i tak surowym, że było naprawdę niewygodnie patrzeć na to z tym konkretnym bólem utraty czegoś, czego nigdy do końca nie miał, bo Juan Gabriel nigdy nie miał stałej matczynej miłości, której potrzebował jako dziecko w latach formowania.
Całe dorosłe życie miał nadzieję, że pewnego dnia Victoria da mu to wstecz, że wypełni pustkę po porzuconym dziecku, że wyjaśni mu, dlaczego odszedł, że powie mu, że to nie jego wina, ale ta rozmowa nigdy się nie wydarzyła, nigdy się nie wydarzyła i teraz już nie będzie. Te drzwi zostały zamknięte na dobre. Po śmierci matki coś fundamentalnego zmieniło się w Juanie Gabrielu. Stawał się bardziej nieprzewidywalny w swoim zachowaniu, coraz bardziej nieprzewidywalny w swoich decyzjach.
Jego koncerty czasem trwały cztery lub pięć godzin bez przerwy, ponieważ nie chciał zejść ze sceny. Innym razem odwoływał ważne koncerty na kilka minut przed rozpoczęciem, bez wyraźnego wyjaśnienia, co frustrowało tysiące fanów. Jego waga gwałtownie zmieniała się z roku na rok. Jego wygląd ciągle się radykalnie zmieniał. I choć nigdy nie przyznał się do tego publicznie ani nie mówił o tym w wywiadach, jego najbliższe otoczenie wiedziało, że poważnie zmaga się ze zdrowiem fizycznym i emocjonalnym.
Ale Juan Gabriel pracował bez przerwy, bo to było jedyne, co potrafił robić, jedyne, co nadawało sens i sens jego istnieniu. W 2009 roku wypełnił Zócalo w Mexico City ogromnym darmowym koncertem, na którym zgromadziło się ponad 200 000 osób. Tłum tak ogromny, że można było go zobaczyć z samolotów. W 2013 roku sześć razy z rzędu wypełnił Palacio de Bellas Artes w wyprzedanych koncertach. Coś, czego żaden popularny artysta wcześniej nie potrafił zrobić w historii tego miejsca.
W 2015 roku, mając 65 lat, wciąż był na intensywnej międzynarodowej trasie, wciąż wypełniając stadiony w wielu krajach, wciąż będąc uwielbianym divo, którego Meksyk potrzebował. Ale ci, którzy pracowali z nim bezpośrednio, ci, którzy obserwowali go za kulisami, gdy gasły kamery, wiedzieli rzeczy, których uwielbiająca publiczność nie wiedziała, że Juan Gabriel nie jest już tym samym człowiekiem fizycznie, że jego zdrowie stopniowo się pogarsza, że bywały dni, gdy ledwo mógł wstać z łóżka z powodu bólu, że przyjmował wiele leków na schorzenia, których nigdy nie określił, że lekarze wielokrotnie ostrzegali go, że jego ciało nie wytrzyma brutalnego tempa zbyt długo.
Ale Juan Gabriel nie mógł przestać, nie wiedział jak, bo zatrzymanie się, zatrzymanie się, bycie nieruchomym oznaczało stawienie czoła absolutnie wszystkiemu, czego unikał przez 60 lat. pierwotne porzucenie z dzieciństwa, uporczywe kłamstwo całego dorosłego życia, niezaprzeczalny fakt, że podbił cały świat, ale nigdy nie był wolny, by być sobą bez masek. Więc musiał się ciągle poruszać, ciągle się poruszać. Jeszcze jeden koncert, jeszcze jedna trasa, jeszcze jedna piosenka, zawsze jeszcze jedna, bo zatrzymać się to umrzeć w inny sposób.
W 2016 roku Juan Gabriel rozpoczął swoją ostatnią trasę koncertową. Nazywała się Mexico es todo. Była niezwykle ambitna. Dziesiątki zaplanowanych koncertów w Stanach Zjednoczonych i Meksyku. I chociaż wszystkie koncerty wyprzedały się w kilka minut, co dowodziło, że wciąż cieszył się ogromną popularnością, ci, którzy widzieli go osobiście, zauważyli coś głęboko niepokojącego. Juan Gabriel wyglądał na wyraźnie zmęczonego, znacznie bardziej niż zwykle. nawet jak na kogoś w jego wieku. Był bez tchu, śpiewając piosenki, które już tysiąc razy zaśpiewał perfekcyjnie. Musiał często siadać między piosenkami, żeby złapać oddech.
Cały jego zespół nieustannie błagał go, by poważnie poszedł do lekarza, odpoczął choćby przez kilka dni, odwołał niektóre koncerty, by dojść do siebie. Ale stanowczo odmawiał za każdym razem, gdy musiał kończyć trasę, musiał spotkać się z publicznością, musiał być Juanem Gabrielem aż do końca. 26 sierpnia 2016 roku Juan Gabriel dał swój ostatni koncert w Forum w Inglewood w Kalifornii. Śpiewał prawie 4 godziny bez przerwy. Wszystkie piosenki, które Meksyk kochał i znał na pamięć, te, które śpiewał tysiące razy przez 50 lat kariery, a na końcu koncertu zrobił coś, co z perspektywy czasu wydaje się prorocze.
pożegnał się z publicznością w sposób, który brzmiał dziwnie definitywnie, bez dramatyzmu ze łzami, nie ogłaszając swojego ostatniego koncertu, tylko coś w stylu: "Dziękuję za całą miłość, którą mi daliście przez tyle lat, kocham was." Ludzie biją brawo z entuzjazmem, nie wiedząc, że to dosłownie ostatni raz, kiedy zobaczą Juana Gabriela żywego. Dwa dni później, 28 sierpnia 2016 roku, Juan Gabriel został znaleziony martwy w swoim pokoju w hotelu Four Seasons w Santa Monica w Kalifornii.
Oficjalną przyczyną ustaloną przez władze był ostry zawał mięśnia sercowego, czyli masywny i burzliwy zawał serca. Umarł samotnie, tak jak zawsze żył emocjonalnie, sam w niezwykle drogim pokoju hotelowym, samotnie otoczony materialnymi luksusami, które nic nie znaczyły, sam ze wszystkimi swoimi sukcesami i sławą, ale głęboko samotny na końcu. Gdy wiadomość dotarła rano do Meksyku, cały kraj dosłownie zatrzymał się w sposób, który zdarzył się tylko u niewielu postaci w całej historii.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.
