Podwójne i udręczone życie Juana Gabriela było znacznie mroczniejsze, niż sobie wyobrażaliśmy...

To było coś znacznie większego, prawdziwego talentu połączonego z autentycznym bólem, a to połączenie, gdy jest połączone z odpowiednią osobą, tworzy sztukę, która przekracza granice. Potem zaczął łączyć go z ludźmi z branży muzycznej, z producentami, którzy przechodzili przez Juárez, z przedstawicielami wytwórni poszukujących nowych talentów, z każdym, kto mógł dać Juanowi Gabrielowi większą szansę. I w końcu, w 1970 roku, ktoś ważny wysłuchał. Andrés Puentes Vargas, znany w branży jako El Divo, był producentem dla RCA Víctor México.

Słuchał nieformalnego nagrania Juana Gabriela śpiewającego w Noa noa i od razu rozpoznał coś wyjątkowego, nie tylko w technicznie imponującym głosie, ale także w pieśniach. Była w tym brutalna autentyczność, której nie dało się wytworzyć ani sfałszować. prawdziwy ból, który był odczuwalny w każdej nucie, w każdym słowie, w każdej ciszy między słowami. A to w świecie muzyki komercyjnej, pełnej gotowych piosenek, było czystym złotem. W 1971 roku Juan Gabriel nagrał swój pierwszy profesjonalny album.

Nosił tytuł The Young Soul i został wyprodukowany przez divo dla Ra Victora. Szczerze mówiąc, nikt w wytwórni nie spodziewał się wiele. Był po prostu kolejnym nowym wokalistą spośród setek, które co roku próbowały osiągnąć sukces. Dali mu minimalny budżet, tanich muzyków studyjnych, proste aranżacje i wydali go bez większej promocji czy oczekiwań. Ale kiedy nie miałem pieniędzy, zaczęły być puszczane w niektórych radiach. Zaczęło się dziać coś nieoczekiwanego. Ludzie łączyli się nie masowo i natychmiast jak natychmiastowy cios, ale powoli, organicznie, jak ogień, który zaczyna się mało, ale się rozprzestrzenia.

Piosenka opowiadała o biednym mężczyźnie, który kochał kobietę, ale nie miał pieniędzy, by dać jej coś materialnego. Było proste, bezpośrednie i brzmiało całkowicie prawdziwie, bo było prawdziwe. To była historia Alberto, biednego chłopca, który nigdy nic nie miał, człowieka, który dokładnie wiedział, jak to jest nie być wystarczającym, nie mieć wystarczającego, nie być godnym miłości z powodu swojej sytuacji ekonomicznej. Piosenka dotarła do pierwszej dziesiątki w Meksyku, a nie na pierwsze miejsce. Ale to wystarczyło, wystarczyło, by RCA Victor dało mu drugi, a potem trzeci album.

A z każdym albumem Juan Gabriel odsłaniał coraz więcej siebie, a dokładniej więcej Alberto. Bo piosenki były wyznaniami ukrytymi pod maską rozrywki. Były wszystkim, czego nie mogłem wypowiedzieć na głos, nie łamiąc się całkowicie, wypowiedziane w formie muzyki, którą miliony mogłyby śpiewać, nie wiedząc, że śpiewają najgłębszy ból porzuconego dziecka. W 1975 roku znów zapomniałem o druzgocącej piosence o zapomnieniu bólu, który ktoś ci zadał, i głupim uwierzeniu w tę osobę, aż do momentu, gdy poznałem cię lata później.

O tym, jak spotkanie kogoś może zniszczyć szczęście, które miałeś wcześniej. Eternal Love w 1984 roku. O śmierci matki i miłości, której nawet śmierć nie może zakończyć. Każda piosenka była fragmentem jego duszy wyrwanym i przelanym na papier. A Meksyk je pożarł. Śpiewał je na przyjęciach i pogrzebach, płakał w chwilach bólu, uczynił je całkowicie swoimi, nie wiedząc, że śpiewają autobiografię Juana Gabriela. Ale wraz z meteorycznym sukcesem pojawiły się plotki, szepty, które przerodziły się w rozmowy, bo Juan Gabriel nie był jak inni męscy wokaliści swoich czasów.

Nie był znany z posiadania publicznych dziewczyn, nie chwalił się miłosnymi podbojami w wywiadach, ubierał się coraz bardziej ekstrawagancko – w jaskrawych garniturach, cekinach i kolorach, których inni mężczyźni nigdy by nie nosili. Na występy zakładała misterny makijaż, wchodziła na scenę w płynny sposób, który niektórzy uważali za kobiecy. A w macho Meksyku lat 70. wszystko to razem oznaczało tylko jedno, jedno, czego nikt nie mówił bezpośrednio w mediach, ale wszyscy szeptali prywatnie – że Juan Gabriel jest homoseksualistą.

A to był problem egzystencjalny dla jego kariery, bo Meksyk w latach 70. potrafił kochać. Mógłbym płakać przy twoich piosenkach, wypełniać twoje koncerty, ale nie mógłbym otwarcie kochać artysty geja. Branża by cię odrzuciła. Radio stopniowo przestawało grać twoje piosenki. Sponsorzy uciekliby, drzwi by się zamknęły, twoja kariera by się skończyła. To było takie proste i tak brutalne. Więc Juan Gabriel zrobił to, czego nauczył się od dzieciństwa w internacie, gdy inne dzieci biły go za to, że jest inny: ukrywał się, budował bardziej przekonującą fasadę, pokazywał to, co ludzie musieli zobaczyć, by go zaakceptować.

W 1974 roku Juan Gabriel zaskoczył wszystkich ogłoszeniem, którego nikt się nie spodziewał. Miał syna, nazywał się Iván Gabriel. Miała kilka miesięcy i chociaż Juan Gabriel nigdy publicznie nie ujawnił, kim jest matka, nigdy nie pokazywał z nią zdjęć, nigdy nie mówił o związku, było dziecko. Niezaprzeczalny fizyczny dowód, że Juan Gabriel był zwykłym człowiekiem, ojcem, kimś, kto mógł mieć tradycyjną rodzinę, kimś, kto wyraźnie nie był tym, co sugerowały plotki.

Dwa lata później, w 1976 roku, ogłosił drugiego syna, Joan Gabriel. W następnym roku, w 1977, trzeci, Hans Gabriel. I wreszcie, prawie dekadę później, w 1986 roku, czwarty, Jean Gabriel. Czterech synów, których Juan Gabriel przedstawił światu jako niepodważalny dowód swojej męskości, jako tarczę ochronną przed plotkami, które nigdy nie ustawały. A Meksyk zaakceptował tę narrację, nie dlatego, że większość wierzyła w nią całkowicie, ale dlatego, że chcieli w nią wierzyć, bo potrzebowali, by Juan Gabriel był tym, za kogo się podawał, bo jego piosenki były zbyt ważne, by je stracić przez coś tak niewygodnego jak prawda.

Ale prawda o tych dzieciach była bardziej skomplikowana niż oficjalna wersja. Dzieci istniały. To było niepodważalne. Są zarejestrowane akty urodzenia, dokumenty prawne, zdjęcia, ale okoliczności jego urodzenia zawsze były celowo niejasne i tajne. Matki nigdy nie pojawiały się publicznie, nigdy nie udzielały wywiadów wyjaśniających ich relację z Juanem Gabrielem, nigdy nie były widziane z nim na wydarzeniach, nigdy nie było tradycyjnych rodzinnych zdjęć, a dzieci mieszkały ze swoimi matkami, nie z Juanem Gabrielem. Juan Gabriel odwiedzał ich okazjonalnie, gdy pozwalały mu na to jego trasy.

Wysyłał im hojnie pieniądze, kupował im wszystko, czego potrzebowali materialnie, dawał im niezwykłe możliwości edukacyjne, ale nie mieszkał z nimi, nie wychowywał ich dzień po dniu, nie był obecny tak, jak powinien być tradycyjny ojciec. I należy to powiedzieć jasno i z współczuciem, ponieważ ważne jest, by to właściwie zrozumieć. Juan Gabriel kochał te dzieci na swój sposób. Dawał im wszystko, co można było kupić za pieniądze, możliwości, których sam nigdy nie miał. Edukacja w najlepszych szkołach, podróże po świecie, kontakt z kulturą, wszystko materialne, ale nie mogłem dać im stałej emocjonalnej obecności, nie mogłem być tradycyjnym ojcem obecnym na co dzień.

Bo Juan Gabriel nigdy nie miał ojca, który nauczyłby go tego. Nigdy nie widział wzoru funkcjonalnego rodzicielstwa. Nigdy nie nauczył się, jak wygląda ojciec poza materialnym zapewnieniem. Wiedział tylko, jak być Juanem Gabrielem artystą. Nie wiedział, jak Alberto jest ojcem. A może nigdy nie uda mu się go nauczyć, bo Alberto był tak głęboko pogrzebany, że nie wiedział już, jak wyjść na powierzchnię. Lata 80. to czas, gdy Juan Gabriel przestał być jedynie odnoszącym sukcesy wokalistą i stał się fenomenem kulturowym, który całkowicie wykraczał poza muzykę.

To już nie była tylko rozrywka, którą się konsumowało, to była część samej meksykańskiej tożsamości, jak tequila, mariachi, piramidy, Dzień Zmarłych. Juan Gabriel był Meksykiem w sposób, w jaki bardzo niewielu artystów potrafi być. Album za albumem, bijąc absolutnie każdy możliwy rekord. Wspomnienia w 1980 roku. Sprzedał się w milionach egzemplarzy w czasie, gdy sprzedaż miliona była już uważana za niezwykłą. Cosas de enamorados w 1982 roku. Wszystko w 1983 roku. Pamiętam drugie, w 1984 roku, kiedy dodał Amor eterno, piosenkę, która stała się oficjalnym, niepisanym hymnem meksykańskiej żałoby.

Piosenka, która śpiewa się na każdym pogrzebie, w każdą żałobną rocznicę, w każdy dzień zmarłych. Piosenka, która dodawała słowa i melodię bólowi utraty ukochanej osoby. Każdy album od razu i nieuchronnie trafiał na pierwsze miejsce. Każda piosenka, którą wydawał, stała się częścią meksykańskiego kanonu kulturowego w ciągu kilku tygodni. Ale to nie tylko muzyka sprawiała, że to było tak ważne. To było to, co Juan Gabriel reprezentował dla różnych grup i społeczności. Dla biednych, dla ludzi, którzy walczyli o przetrwanie.

Był jednym z nich, którzy zwyciężyli wbrew wszelkim przeciwnościom. Chłopak z internatu, który teraz wypełniał największe stadiony, będąc żywym dowodem na to, że może wyjść z biedy. Dla kobiet w każdym wieku był mężczyzną, który rozumiał ich ból w sposób, którego żaden inny męski kompozytor nie potrafił zrozumieć, który pisał o niemożliwych miłościach i złamanych sercach z wrażliwością i empatią, które wydawały się kobiece. Dla społeczności LGBT, choć nigdy tego otwarcie nie potwierdzał ani bezpośrednio zaprzeczył, był zakodowanym symbolem, kimś, kto nie zaprzeczał, kim jest, ale też tego nie krzyczał.

To istniało w tej niejednoznacznej przestrzeni, gdzie można było pokazać to, co trzeba zobaczyć, i znaleźć reprezentację. A Juan Gabriel poradził sobie z tą niejednoznacznością niemal z nadprzyrodzoną wprawą. Gdy dziennikarze pytali go bezpośrednio o orientację seksualną w wywiadach, nigdy nie zaprzeczał plotkom, jak robią to inni artyści, ale też ich nie potwierdzał. Odpowiadał zwrotami, które stały się legendarne i były cytowane przez dziesięciolecia. To, kim jestem w życiu prywatnym, to moja sprawa. Jestem winna relacje tylko Bogu i mojej matce lub jej ulubionej, zawsze wypowiedzianej z tym tajemniczym uśmiechem, który niczego nie zdradzał.

Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.