Jest 28 sierpnia 2016 roku, Santa Monica, Kalifornia. W apartamencie hotelu Four Seasons personel znajduje coś, co całkowicie zatrzyma Meksyk. Ciało. Ciało 66-letniego mężczyzny, który przestał oddychać. Pierwsze telefony są wykonywane. Przyjeżdża policja. Ratownicy potwierdzają to, co już jest widoczne. Nic nie da się zrobić. Ten człowiek nosi drogie ubrania. Jego pokój jest pełen luksusowych przedmiotów. Są tam markowe walizki, ubrania haute couture, wszystko, co można kupić za pieniądze, ale teraz to nie ma znaczenia, bo
ten człowiek, który przez 50 lat podbijał świat swoim głosem, zmarł samotnie w hotelu, daleko od Meksyku, daleko od rodziny, daleko od wszystkiego, co kiedyś nazywał domem. Tym człowiekiem jest Alberto Aguilera Baladés, ale świat znał go pod imieniem, które stało się legendą. Juan Gabriel, divo Juáreza, najbardziej płodny kompozytor w historii muzyki latynoskiej, człowiek, który napisał ponad 18 piosenek, ten, który sprzedał ponad 200 milionów płyt w trakcie swojej kariery, ten, który wypełnił Palacio de Bellas Artes 12 razy z rzędu, ten, który sprawił, że całe stadiony płakały, śpiewając o miłości, Złamane serca.
Ale w tym hotelowym pokoju, otoczonym luksusem, ale pustym od ludzi, Juan Gabriel nie jest legendą. Jest tylko człowiekiem, który umarł tak, jak żył, samotny, głęboko samotny. Pomimo milionów fanów, mimo czwórki dzieci, mimo że był kochany przez tłumy, które nigdy go tak naprawdę nie znały. Jak to możliwe, że człowiek, który napisał najpiękniejsze piosenki miłosne w Meksyku, nigdy nie odnalazł tej miłości dla siebie? Jakie sekrety kompozytor skrywał, które Meksyk uwielbiał, ale nigdy nie potrafił w pełni zaakceptować za to, kim był?
I dlaczego człowiek, który śpiewał o bezwarunkowej miłości, całe życie przeżył pod warunkiem ukrywania się? Jeśli chcesz poznać prawdę o Juanie Gabrielu, której Meksyk nigdy nie chciał zobaczyć, subskrybuj teraz, bo to, co nastąpi dalej, całkowicie zmieni sposób, w jaki słuchasz jego piosenek. Oficjalna wersja mówi, że Juan Gabriel był geniuszem, narodowym skarbem, głosem narodu meksykańskiego, kompozytorem kompozytorów, ale prawda jest znacznie mroczniejsza i głęboko smutna.
Był porzuconym chłopcem w internacie, który przez lata nie wiedział, czy jego matka wróci. Człowiek, który zbudował maskę tak idealną, że Meksyk nigdy nie zobaczył, co jest pod spodem. Ojciec, który miał czworo dzieci, ale nigdy nie wiedział, jak być ojcem, bo nigdy nie miał ojca. I wreszcie, udręczony geniusz, który zginął tylko dlatego, że ogromny sukces nigdy nie wypełnił pustki, którą miał w sobie od piątego roku życia. Witamy. do odcieni złota. To nie jest historia uwielbianego divo, który wypełniał stadiony.
To historia chłopca o imieniu Alberto, który nigdy nie przestał szukać miłości, której matka nie mogła mu dać, i który zbudował muzyczne imperium na ranie, która nigdy się nie zagoiła. Aby zrozumieć, jak człowiek może podbić cały świat i umrzeć czując się pusty, musimy cofnąć się do początku, do Parácuaro w Michoacán, 1950 roku, do 7 stycznia, kiedy Alberto Aguilera Baladés urodził się jako najmłodszy z dziesięciorga rodzeństwa, w rodzinie żyjącej w absolutnej biedzie. Jego ojciec, Gabriel Aguilera, był chłopem, człowiekiem zniszczonym przez alkohol i niemożność wyżywienia rodziny, która pewnego dnia po prostu odeszła.
Nikt nie wiedział, czy umarł, czy odszedł z inną kobietą, czy uciekł od odpowiedzialności. zniknęła jedynie, pozostawiając Victorię Baladés całkowicie samą, z dziesięciorgiem dzieci i bez ani jednego peso. Victoria była drobną, delikatną kobietą, ledwo pięć stóp wzrostu. Pracował przy sprzątaniu domów innych ludzi od świtu aż do późnego zmroku. A mimo to to nie wystarczało, nigdy nie było wystarczająco. Dzieci jadły tortille z solą, gdy tylko była. Czasem nawet tego nie ma. Trzech lub czterech spało w tym samym łóżku.
bo nie było już więcej. Nosili załatane ubrania tyle razy, że nie dało się ich już naprawić. A Alberto, najmłodszy, najmłodszy w rodzinie, patrzył na wszystko tymi wielkimi oczami, które zdawały się rozumieć zbyt wiele jak na tak małe dziecko. Gdy Alberto miał zaledwie 4 lata, wydarzyło się coś strasznego. Jego matka Victoria przeszła to, co wówczas nazywano załamaniem nerwowym. Dziś nazwalibyśmy to ciężką depresją lub załamaniem nerwowym, ale na wsi meksykańskiej w 1954 roku po prostu powiedzieli, że Victoria oszalała.
Przestał działać. Siedziała godzinami, wpatrując się w ścianę, nie ruszając się. Płakała bez wyraźnego powodu. Rozmawiała sama ze sobą, a sąsiedzi, przestraszeni jej nieprzewidywalnym zachowaniem, wezwali władze. Victoria została przyjęta do szpitala psychiatrycznego w Mexicali, Baja California, a dziesięcioro dzieci zostało osieroconych przez żyjącą matkę, co w pewnym sensie było gorsze niż bycie sierotą przez zmarłą matkę. Bo twoja matka gdzieś żyła, ale nie mogła się tobą zająć. Nie dlatego, że nie chciał, ale dlatego, że jego umysł był złamany.
A czterolatek nie rozumie tej różnicy. Po prostu zrozum, że mama odeszła, że zostawiła ciebie, że może nie kochała cię na tyle, by zostać. Starszy bracia Alberto próbowali utrzymać rodzinę razem, ale to było niemożliwe. Nie mieli pieniędzy, nie mieli własnego domu. Większość z nich to same dzieci. Więc zrobili jedyne, co mogli – rozdzielili młodsze rodzeństwo między krewnych, którzy również nie mieli środków, ale przynajmniej mogli zapewnić im dach nad głową.
Alberto, który właśnie skończył 5 lat, został wysłany do Ciudad Juárez w Chihuahua, nie do domu rodzinnego, lecz do miejsca zwanego Escuela Mejía dla chłopców. Oficjalnie była to szkoła z internatem dla dzieci z rodzin o niskich dochodach, ale dla Alberto było czymś innym – więzieniem, zimnym i szarym miejscem, gdzie liczyło się tylko posłuszeństwo. Alberto spędził tam następne 8 lat od 5 do 13 roku życia, najważniejsze lata każdego dzieciństwa, lata, które kształtują to, kim jesteś, lata, które decydują, czy możesz zaufać światu, czy też świat jest niebezpiecznym miejscem, gdzie nikt cię nie chroni.
A dla Alberto świat okazał się dokładnie tym – niebezpieczny, samotny, okrutny. Szkoła Mejía była surowa w sposób, który dziś uznalibyśmy za nadużycie. Dzieci spały na metalowych łóżkach piętrowych w zimnych sypialniach, gdzie zimą można było zobaczyć własny oddech. Jadłaś to, co ci dali, bez narzekania albo byłeś głodny. Jeśli płakałeś, karano cię za słabość. Jeśli się nie posłuchałeś, biją cię jako lekcję. Nauczyciele szczerze wierzyli, że dyscyplina fizyczna jest konieczna, by kształtować mężczyzn. A starsze dzieci wykorzystywały każdą chwilę bez nadzoru, by znęcać się nad młodszymi dziećmi.
A Alberto różnił się od pozostałych dzieci, nawet mając 5 lat. Było to widoczne dla każdego, kto spojrzał na to dwa razy. Nie lubił ostrych gier, które lubiły inne dzieci. Nie interesował się walką. Był wrażliwy w sposób, który w tamtym środowisku był postrzegany jako wada. Łatwo płakał, łatwo się bał. A co najgorsze, w tym hiper-męskim środowisku, gdzie wszystko mierzono przez pryzmat tego, kto jest bardziej mężczyzną, zachowywała się w sposób, który inni chłopcy uważali za kobiece.
Poruszał się inaczej, mówił inaczej, interesował się innymi rzeczami. Pozostałe dzieci od razu go zauważyły i uczyniły z niego stały cel. Wyzywali go okrutnie, popychali na korytarzach, bili, gdy nauczyciele nie patrzyli, kradli jedzenie, chowali rzeczy, a najgorsze było to, że nie miał nikogo, kto by go bronił. Byłem tam całkowicie sam. Bez rodziny, bez przyjaciół, bez kogokolwiek. A nauczyciele, gdy zauważyli dokuczanie i bicie, nie chronili go.
Wręcz przeciwnie, wielu uważało, że Albert musi zostać poprawiony, że musi zostać mężczyzną siłą. Potem karali go też za płacz, za to, że się nie bronił, za to, kim był. Zamykali go w ciemnych pokojach na wiele godzin. Zmuszano go do ćwiczeń fizycznych aż do wyczerpania. Był upokorzony przed innymi dziećmi jako przykład tego, kim mężczyzna nie powinien być. Alberto szybko nauczył się najważniejszej i najbardziej destrukcyjnej lekcji swojego życia, lekcji, która na zawsze go naznaczyła i zadecydowała o każdej decyzji, którą podejmie przez następne 60 lat.
Nauczył się, że jego prawdziwa natura jest nie do przyjęcia, że by przetrwać, musi się ukrywać, udawać, budować fasadę, pokazywać światu wersję siebie, która jest akceptowalna, jednocześnie zachowując swoje prawdziwe ja w miejscu tak głębokim, że nikt go nie znajdzie, nawet on sam. Ale były dwie rzeczy, które uratowały Alberto przed całkowitą rozpaczą. Dwie rzeczy, które dawały mu powód, by dalej żyć. Pierwsza to to, że potrafi śpiewać. Miał niezwykły głos, już jako dziecko, nie tylko w stroju, ale i wyjątkowy, z unikalnym brzmieniem, z umiejętnością wyrażania emocji wykraczających daleko poza jego wiek.
A kiedy śpiewała w kaplicy szkolnej podczas mszy niedzielnych, wydarzyło się coś magicznego. Ludzie przestawali robić to, co robili. Nauczyciele na chwilę przestali być okrutni. Inne dzieci tymczasowo przestały go dręczyć, bo nawet one, mimo całej swojej okrucieństwa, dostrzegały, że w tym głosie jest coś wyjątkowego, coś, czego nie mogą dotknąć, coś świętego, coś, co należało tylko do Alberto i czego nikt nie mógł mu odebrać. A drugą rzeczą, która go uratowała, było pisanie.
Alberto pisał cały czas w tanich zeszytach, gdy tylko mógł, na kartkach, gdy nie mógł. Pisał o swojej matce. Ciągle zastanawiała się, gdzie jest, czy kiedykolwiek o nim myśli, czy wie, że tęskni za nią każdego dnia, czy kiedykolwiek po niego wróci. Pisał o rodzeństwie, które stracił i nie wiedział, czy jeszcze się zobaczy. Pisał o samotności, którą czuł, nawet otoczony setkami dzieci. Pisał o uczuciach, których nie potrafił odpowiednio wyrazić, i o tych zapiskach, tych fragmentach swojej duszy zapisanych na papierze i ukrytych pod jego
materac, ostatecznie stały się piosenkami, piosenkami, które sprawiły, że miliony ludzi płakały, czując, że Alberto śpiewa dokładnie to, co oni czują. W 1963 roku, gdy Alberto miał 13 lat, coś w nim pękło. A może coś w nim w końcu się obudziło i odmówiło snu dłużej. Postanowił, że nie może spędzić tam kolejnego dnia, bo jeśli coś fundamentalnego w nim pozostanie, umrze, nie fizycznie. Ale ta iskra, która tworzyła Alberto, ta część, która wciąż wierzyła, że życie może być inne, zgaśnie na zawsze, a on wolał ryzykować śmierć na ulicy, niż dalej powoli tam umierać.
Potem uciekł. Pewnej letniej nocy, gdy wszyscy spali, po prostu wyszedł, podszedł do drzwi wejściowych i wyszedł z ubraniami, które miał na sobie, bez pieniędzy w kieszeniach, bez planu, nie wiedząc, dokąd iść ani co robić. Po prostu wiedziałem, że muszę się stamtąd wydostać i że nigdy, przenigdy nie wrócę. Mieszkał na ulicach Ciudad Juárez przez miesiące, które wydawały się wiecznością. Spałem tam, gdzie mogłem znaleźć bezpieczne miejsce, w parkach, gdy było gorąco i policja cię nie przeganiała.
Na schodach budynków, gdy było zimno, czasem pod mostami z innymi bezdomnymi, którzy przynajmniej go nie oceniali ani nie bili. Jadł to, co dostawał, co ludzie mu współczuli, gdy śpiewał na rogach ulic, to, co znajdował w śmietnikach restauracji na koniec dnia. I śpiewał, śpiewał cały czas na kątach zatłoczonych monetami, na targach po jedzenie, w stołówkach, ryzykując wyrzucenie za to, że jest niepełnoletni, ale czasem pijacy byli hojni.
I to właśnie w jednej z tych kantyn pod koniec 1965 roku spotkał osobę, która na zawsze zmieniła jego życie. mężczyzna o imieniu Juan Contreras, właściciel baru, który lata później stał się legendarny dzięki piosence, którą Alberto o nim napisał. Bar nazywał się Noa Noa, a Juan Contreras dostrzegł coś w tym chudym, brudnym nastolatku, w brudnych ubraniach i podartych butach, który śpiewał z desperacją wykraczającą poza pragnienie pieniędzy na jedzenie.
To była desperacja kogoś, kto potrzebował być dostrzeżony, słyszany, uznany za kogoś, kto istnieje i ma znaczenie. Juan zaproponował jej pracę śpiewania każdej nocy w swojej stałej okolicy. Zaproponował jej mały pokój do spania z tyłu lokalu. Zaproponował mu regularne jedzenie i coś ważniejszego niż to wszystko razem. Okazał mu szacunek. Traktowała go jak kogoś, podczas gdy Alberto całe życie czuł się kimś innym, jak coś jednorazowego, jak błąd, który nigdy nie powinien się narodzić.
I to właśnie tam, śpiewając noc po nocy w tym barze w Ciudad Juárez, Alberto Aguilera Baladés postanowił coś fundamentalnego dla swojego przetrwania. Zdecydowała, że Alberto musi umrzeć, że Alberto jest porzuconym dzieckiem, dzieckiem szkoły z internatem, pobitym i upokorzonym, które wszyscy uważali za gorsze od innych. A jeśli chciałem odnieść sukces, jeśli chciałem być kimś, musiałem stworzyć zupełnie nową postać, kogoś, kto nie nosi całego tego bólu, kogoś, kto potrafi być silny, gdy Alberto czuje się słaby.
Wybrał imię Juan Gabriel z rozwagą i głębokim znaczeniem. Juan dla Juana Contrerasa, pierwszego człowieka w jego życiu, który traktował go z godnością i szacunkiem, pierwszego, który wierzył w niego, gdy nikt inny nie wierzył. I Gabriel za nieobecnego ojca, ojca, który go porzucił, zanim go poznał, ojca, którego nazwisko nosił jako nazwisko, ale którego nigdy nie poznał. To był sposób, by uczcić człowieka, który dał jej szansę, gdy najbardziej jej potrzebowała, a także sposób, by odebrać coś od tego, który oddał jej życie, ale nic więcej.
Juan Gabriel urodził się w tym barze w Ciudad Juárez, a Alberto zaczął powoli znikać. stało się czymś, co Juan Gabriel trzymał w tajemnicy i ciemnym miejscu, czymś, co wychodziło na jaw, gdy był całkowicie sam w pokoju hotelowym w środku nocy, czymś, co niemal całkowicie znikało. Bo aby Juan Gabriel mógł żyć, Alberto musiał umrzeć. A ta historia całkowicie cię wciąga. Jeśli chcesz wiedzieć, jak to porzucone dziecko stało się największą legendą w Meksyku, subskrybuj teraz i aktywuj dzwon, bo to, co nastąpi potem, to najbardziej niesamowita i najsmutniejsza przemiana, jaką zobaczysz.
Lata między 1965 a 1971 były czysto przetrwaniem zmieszanym z twórczą obsesją. Juan Gabriel śpiewał każdej nocy w Noa Noa, 7 dni w tygodniu, bez odpoczynku, bez wakacji, bez dni wolnych. A w ciągu dnia, gdy nie spał, te kilka godzin, które spał, kompulsywnie pisał piosenki, setki piosenek, na papierowych serwetkach w barze, na kawałkach kartonu, które tylko znalazł, na każdej powierzchni, gdzie mógł zapisać słowa i nuty muzyczne. To nie były radosne piosenki o szczęśliwej miłości, to były piosenki o porzuceniu, o matkach, które odchodzą i nie wracają, o miłości, która boli
bardziej niż cię to uszczęśliwia, o samotności tak głębokiej, że cię dusi, o poczuciu się innym w świecie, który karze inność, o udawaniu tego, kim nie jesteś, by przetrwać. Wszystko, co miał w sobie, czego nie potrafił wyrazić normalnymi słowami bez złamania, zamieniał się w zwrotki, melodie pochodzące z miejsca tak głęboko w nim, że nawet nie wiedział, że istnieje. I Juan Contreras to zobaczył. Zobaczyłem, że Juan Gabriel to nie tylko kolejny piosenkarz barowy próbujący zarobić na życie.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.
