Piątkowe wieczory zawsze coś znaczyły dla Aliny

Piątkowe wieczory zawsze miały dla Aliny szczególne znaczenie. Były jej małym, osobistym azylem – cichym, ciepłym czasem, kiedy w końcu mogła zwolnić tempo i pozwolić sobie na głęboki oddech. Po ciężkim tygodniu pracy szczególnie ceniła te chwile, gdy dom wypełniał się zapachem szarlotki, cynamonu i tymianku, a myśli spływały jej z ramion niczym ciepła woda.

Dziś wszystko szło dokładnie tak. Wyjęła złocistobrązowe ciasto z piekarnika, odstawiła je na kratkę do ostygnięcia i otworzyła okno w kuchni – pozwoliła chłodnemu wieczornemu powietrzu zmieszać się z aromatami wypieków. Płomień pod czajnikiem był ledwo słyszalny, a Alina na sekundę zamknęła oczy, wyobrażając sobie, jak ona i Igor zwiną się pod kocem, włączą coś lekkiego, może starą francuską komedię, i będą się cicho śmiać, wymieniając leniwe uwagi. Te prozaiczne, zwyczajne chwile wydawały się jej najważniejsze. Szli ramię w ramię od ośmiu lat i przez ten czas nauczyła się kochać nie wybuchy i namiętności, ale wyważoną, spokojną intymność.

Wyciągnęła już z szafki dwa duże kubki – jeden swój, z pękniętym uchem, absurdalnie ukochany, drugi jego, z ledwo zauważalnym odpryskiem na dnie. Nagle zadzwonił telefon. Głośno. Natarczywie. Ostro, jakby ktoś gwałtownie otworzył drzwi do jej spokojnego wieczoru.

Na ekranie wyświetlił się komunikat: „Mąż”.

Alina zmarszczyła brwi. Igor rzadko dzwonił po powrocie z pracy, zazwyczaj wysyłając krótkie SMS-y: „Już jadę” albo „Będę za godzinę”. I nigdy nie mówił „niespodzianka”. Słowo, które wypowiadał później, zawsze oznaczało jedno: kłopoty, pokrzyżowanie planów i nieuniknioną walkę między jego impulsywnością a jej pragnieniem porządku.

Nacisnęła zielony przycisk.

„Alinko, cześć!” – rozległ się radosny, niezwykle ożywiony głos Igora. „Jesteś zajęta? Mam niespodziankę!”

To słowo zabolało. Już wiedziała, że ​​nic dobrego z tego nie wyniknie.

„Cześć…” odpowiedziała powoli, badając głosem nastrój rozmówcy. „Piekę ciasto. Co to za niespodzianka, Igor?”

— No więc, moi koledzy i ja postanowiliśmy urządzić małą imprezę po pracy. Projekt zamknięty, wszystko super! Pomyślałem więc, po co mielibyśmy się włóczyć po barach? Przyjdziemy do siebie! Będziemy za pół godziny. Nie masz nic przeciwko, prawda?

Zapytał, ale w jego głosie nie było prawdziwego pytania. Tylko powiadomienie. Alina natychmiast poczuła znajomą falę irytacji narastającą w jej piersi, ale zmusiło ją to do zachowania spokoju. Ile razy już przez to przechodzili? Ile razy konfrontował ją z faktem, że wszystko już zostało postanowione?

„Igor, mówisz poważnie?” – powiedziała spokojnie, ale w środku już kipiała ze złości. „Moja lodówka jest pusta. Nic nie gotowałam. Czemu nie mogłeś mi powiedzieć dziś rano?”

„No, daj spokój, nie zaczynaj…” – powiedział mój mąż leniwie, wręcz zirytowany. „Coś wymyślisz. Zamów pizzę, sushi. Jest tam paru facetów i jedna z naszych nowych pracownic, Swietłana. Jest świetna, polubisz ją. Dobra, wychodzimy!”

I krótkie sygnały. Nie dał jej nawet dokończyć.

Alina powoli opuściła rękę trzymającą telefon na stół. Przez kilka sekund po prostu stała, patrząc przed siebie, jakby jej wzrok natrafił na niewidzialną ścianę.

Swietłana.

Nowy pracownik.

"Fajny."

Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.