Thomas poczuł, jak mała dłoń Lily wślizguje się w jego dłoń.
Przypomniał sobie swoje mieszkanie po śmierci Jennifer. Ciszę. Ciężar. Sposób, w jaki jedzenie stało się czymś drugorzędnym, bo żal przebił apetyt.
Odchrząknął. „Zaniosę je do schroniska” – powiedział, wskazując na pudełka. „Ale chciałbym, żebyś zabrał też trochę do domu. Wystarczy na jutro rano”.
Usta Rachel zadrżały. „Zrobimy to” – wyszeptała. „Zrobimy to”.
Thomas spojrzał na Olivera, który stał teraz spokojnie, a jego wcześniejsza śmiałość ustąpiła miejsca ostrożnej uldze. „Dobrze zrobiłeś” – powiedział Thomas, kucając do poziomu Olivera.
Oczy Olivera rozszerzyły się. „Naprawdę?”
Thomas skinął głową. „Tak. Prosiłeś o pomoc. To wymaga odwagi”.
Oliver uniósł brodę, a iskierka dumy przemknęła przez pokorę. „Mama mówi, że odwaga to bać się, ale i tak to robić”.
„Ona ma rację” – powiedział Thomas.
Rachel otarła policzki, śmiejąc się cicho przez łzy. „Słucha, kiedy tak mówię” – mruknęła – „ale nie, kiedy każę mu odrobić pracę domową”.
Oliver skrzywił się. Lily zachichotała.
Po raz pierwszy odkąd Thomas wszedł do piekarni, zrobiło się lżej.
Thomas wstał, poprawił płaszcz i sięgnął do portfela. Wyciągnął wizytówkę i podał ją Oliverowi.
„Zatrzymaj to” – powiedział. „Kiedy będziesz starszy, jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebował rady, albo będziesz chciał dowiedzieć się czegoś o biznesie, albo po prostu… będziesz potrzebował, żeby ktoś odpowiedział na twoje pytanie, zadzwoń do mnie”.
Oliver wziął go ostrożnie, trzymając go tak, jakby to było ważne.
„Umowa?” zapytał Thomas.
Oliver skinął głową, jego głos brzmiał cicho. „Zgoda”.
Lily ponownie pociągnęła Thomasa za rękaw. „Tato” – wyszeptała. „Czy Oliver może być moim przyjacielem?”
Thomas spojrzał na Rachel.
Rachel uśmiechnęła się przez łzy, jej wyraz twarzy był zmęczony, ale prawdziwy. „Jeśli chcesz, żeby tak było” – powiedziała cicho.
„Chcę, żeby tak zrobił” – oświadczyła Lily.
Uszy Olivera zrobiły się różowe, ale się uśmiechnął.
Klatka piersiowa Thomasa rozluźniła się w sposób, którego wcześniej nie zdawał sobie sprawy, że jest możliwy. Przyjaźń. Wspólnota. Coś, co Jennifer zawsze budowała bez wysiłku, coś, co Thomas był zbyt zajęty, by pielęgnować, dopóki żałoba nie zmusiła go do zwrócenia na to uwagi.
Wymienili się numerami telefonów. Ręce Rachel trzęsły się, gdy pisała. Thomas powtarzał sobie, że to po prostu zimno. Nie wierzył.
Na zewnątrz śnieg zgęstniał. Miasto wyglądało na odmienione, łagodniejsze, niemal magiczne.
Kiedy Thomas uniósł Lily na ramiona, pisnęła, a śmiech wybuchł z niej niczym radosna muzyka. Oliver obserwował ich z progu, obok Rachel, z twarzą uniesioną w stronę padającego śniegu.
Thomas zatrzymał się w progu i obejrzał się.
Rachel stała pod światłami piekarni, z fartuchem oprószonym mąką, mokrymi policzkami i błyszczącymi oczami. Oliver trzymał się jej boku, jakby była jedyną stabilną istotą na świecie.
Thomas poczuł, jak coś ściska mu pierś, dziwna mieszanka żalu i wdzięczności. Pomyślał o Jennifer, o tym, jak od razu dostrzegłaby Rachel i Olivera, jak bez wahania wiedziałaby, co zrobić.
Przełknął ślinę.
„Dziękuję” – zawołała cicho Rachel.
Thomas pokręcił głową. „Wesołych Świąt” – powiedział.
Potem wyszedł na śnieg, wziął Lily na ramiona i poszedł do domu przez ciche miasto, a dźwięk dzwonka wciąż rozbrzmiewał za nim niczym cichy, pełen nadziei dźwięk.
Śnieg towarzyszył im przez całą drogę do domu, gęstniał w miarę zapadania zmroku, osiadał na lokach Lily, która siedziała na ramionach Thomasa i piszczała za każdym razem, gdy płatek lądował jej na języku.
„Jeszcze raz!” zażądała, odchylając głowę do tyłu, jakby niebo było dozownikiem cukierków.
Thomas uśmiechnął się, ale uśmiech był nowy na jego twarzy, niczym mięsień, którego nie rozciągał od dawna. Jedną ręką trzymał Lily za kostkę, podtrzymując ją, a drugą schował w kieszeni płaszcza, gdzie jego palce zaciskały się i rozluźniały, gdy w myślach odtwarzał scenę z piekarni.
Głos Olivera.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.
