Thomas zerknął na Lily, a potem z powrotem na Rachel. „Lily nie zje sama całego tego czekoladowego croissanta. A ja… nie jestem specjalnie głodny na cynamonową bułeczkę. Chyba byłem rozkojarzony”.
Lily uniosła brwi, ale nie protestowała. Wyczuła coś ważnego w powietrzu, tak jak dzieci.
Thomas ostrożnie odłożył torbę i kawę na blat, jakby miało dla niego jakieś znaczenie, w jaki sposób je ułoży.
„Czy moglibyśmy je tu zostawić?” zapytał. „Szkoda, żebyśmy je zmarnowali”.
Rachel patrzyła na niego, jakby nie do końca rozumiała, co ma do zaoferowania. Jej oczy szybko się napełniały, a łzy napływały jej do oczu, zanim zdążyła je powstrzymać.
„Proszę pana” – wyszeptała drżącym głosem. „Nie musi pan tego robić”.
„Wiem” – powiedział Thomas łagodnie. „Ale chciałbym”.
Twarz Olivera nie zmieniła się zbytnio, ale jego ramiona się rozluźniły, a Thomas wyczuł cichy wydech, jakby wstrzymywał oddech przez cały dzień.
Thomas rozejrzał się po piekarni. Po pełnych gablotach. Po pięknych dekoracjach, których przygotowanie musiało zająć czas i uwagę. Po cieple, wysiłku i nadziei, które wlewały się we wszystko.
„Jest Wigilia” – powiedział. „O której zamykacie?”
Rachel szybko otarła policzek, zawstydzona łzami. „Za jakąś godzinę. Sześć.”
„A co się dzieje z tym, co się nie sprzedaje?”
Rachel spuściła wzrok. „Czasami, kiedy mogę, zabieram część do schroniska. Albo… zatrzymujemy to, co się da”.
Nie powiedziała reszty, ale Thomas i tak usłyszał.
Albo obejdziemy się bez.
Thomas podjął decyzję z jasnością, jakiej nie czuł od miesięcy.
„Chciałbym kupić wszystko” – powiedział.
Rachel gwałtownie podniosła głowę. „Co?”
„Wszystko, co jest w walizce” – powtórzył Thomas. „Wszystko, co ci zostało”.
Otworzyła usta, a potem je zamknęła. „Proszę pana, to… to pewnie warte kilkaset dolarów…”
„W porządku” – powiedział Thomas.
Wyciągnął kartę kredytową i podał ją, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
Ręce Rachel zawisły niepewnie w powietrzu. „Nie rozumiem. Dlaczego miałbyś…”
„Bo twój syn zadał mi pytanie” – powiedział cicho Thomas, a jego głos brzmiał pewnie, pomimo bólu gardła. „I to była jedna z najodważniejszych rzeczy, jakie słyszałem od dawna”.
Łzy Rachel znów popłynęły, w ciszy.
Oliver podszedł bliżej do matki, jego mała dłoń sięgnęła do jej fartucha, przytrzymując ją.
„A ponieważ jest Wigilia” – dodał Thomas łagodniej – „i nikt nie powinien być głodny”.
Lily pociągnęła go za rękaw. „Tato” – wyszeptała zdezorientowana. „Czy one… są smutne?”
Thomas lekko przykucnął, zbliżając twarz do jej twarzy. „Czasami ludzie płaczą, gdy czują ulgę” – powiedział. „To może wyglądać jak smutek, ale to… coś innego”.
„Pomagamy?” zapytała Lily.
„Tak” – powiedział. „Pomagamy”.
Rachel w końcu wzięła kartę, drżącymi palcami przepuszczając ją przez maszynę. Próbowała coś powiedzieć, próbowała zaprotestować, ale nic nie wydobyła z siebie poza drżącym oddechem.
Thomas stuknął kartę, a potem spojrzał na Rachel. „I chciałbym, żebyś zamknął wcześniej” – powiedział. „Jeśli chcesz. Zabierz syna do domu. Bądźcie razem”.
Ramiona Rachel zadrżały, zakryła usta dłonią, a z jej ust wyrwał się dźwięk, który był czymś w rodzaju szlochu i śmiechu.
Oliver objął ją w talii, obejmując opiekuńczo. Widok ten uderzył Thomasa mocno, nagle i ostro. Dziecko opiekujące się matką, bo nikt inny tego nie robił.
Thomas na chwilę odwrócił wzrok i zamrugał.
Lily przyglądała się Oliverowi z poważnym zaciekawieniem, po czym, bez żadnego powodu, zaproponowała mu mały kęs croissanta.
Oliver zawahał się, ale potem przyjął to ostrożnie, jakby przyznawał, że to coś wielkiego.
Spakowali wszystko. Rachel poruszała się szybko, wciąż płacząc i przepraszając za każdym razem, gdy spłynęły jej łzy. Thomas delikatnie nakazał jej przestać. Oliver i Lily siedzieli przy małym stoliku, z okruchami na palcach, rozmawiając swobodnie, jak dzieci, gdy powietrze nie było już ciężkie od strachu.
Thomas nalegał na zapłacenie pełnej ceny. Zostawił też napiwek na tyle duży, że dłonie Rachel zamarły, gdy go zobaczyła.
„Nie” – wyszeptała. „Nie mogę…”
„Możesz” – powiedział cicho Thomas. „To nie jest jałmużna. To… po prostu pomoc”.
Rachel przełknęła ślinę, jej oczy zabłysły. „Nawet nie znam twojego imienia”.
Zawahał się, nastąpiła dziwna, instynktowna pauza, po czym powiedział: „Thomas”.
Rachel skinęła głową, jakby zapamiętywała słowa. „Dziękuję, Thomasie.”
Sposób, w jaki to powiedziała, sprawił, że zabolała go pierś. Jakby jego imię stało się dla niej czymś bezpiecznym, co mogła trzymać w ramionach.
Kiedy ostatnie pudełko zostało zaklejone taśmą, Thomas zerknął w głąb piekarni, gdzie na małym wieszaku wisiała znoszona kurtka Olivera i szalik Rachel. Zobaczył, jak cienki był szalik i jak postrzępione były jego końce.
Jego głos stał się cichszy. „Masz dokąd pójść dziś wieczorem?” – zapytał.
Rachel mrugnęła, a w jej głosie pojawiło się zdezorientowanie. „Dom” – powiedziała szybko, w geście obronnym. – „Mamy tu swoje miejsce”.
Thomas skinął głową, ostrożnie. „Nie miałem tego na myśli. Chodziło mi tylko o to… czy masz ludzi?”
Rachel spuściła wzrok. „Tylko my” – przyznała.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.
