Odstawił filiżankę.
O 9:30 Drew pojechał do Blackwood Hills.
Interkom bramy Turnerów zaskrzypiał, gdy go nacisnął. Tym razem cisza była dłuższa, taka, która miała go pocić. W końcu odezwał się głos Margaret, ostry i wściekły.
"Mówiłem ci, żebyś nie przychodził."
"Przyszedłem zobaczyć się z moją córką," powiedział Drew.
"Wkraczasz na cudzą posesję. Zadzwonię na policję."
"Śmiało," powiedział Drew, spokojnie. "Ale jeśli nie masz nakazu sądowego, blokujesz ojcu dostęp do dziecka w święta. Rozmawiałem z prawnikiem. To nie będzie wyglądać dobrze."
Zapadła cisza. Drew niemal wyobraził sobie, jak Margaret mruży oczy.
Wtedy brama zabrzęczała i drzwi się otworzyły.
Drew zaparkował za rzędem luksusowych samochodów ustawionych jak trofea. Rozpoznał czerwoną Corvette Austina oraz elegancką Teslę, Mercedesa, Porsche. Pojazdy, które wyglądały, jakby należały do rozkładówek w magazynie.
Podszedł do drzwi wejściowych i zadzwonił dzwonkiem.
Miranda go otworzyła.
Jej twarz była blada, oczy zaczerwienione, a przez chwilę wyglądała jak kobieta, którą Drew poślubił, ta, która kiedyś śmiała się swobodnie. Potem jej wzrok przesunął się po jego garniturze, a jej wyraz twarzy stwardniał w niepokój.
"Drew," wyszeptała. "Proszę, nie rób tego."
"Gdzie jest Sophie?" zapytał Drew.
Miranda przełknęła ślinę. "W środku."
"To wchodzę," powiedział Drew.
Przeszedł obok niej do marmurowego holu. Dom pachniał pieczonym indykiem, winem i czymś kwiatowym, drogim i ciężkim. Z formalnej jadalni dobiegały głosy, śmiech i brzęk kryształów, ciepły ryk tłumu.
Drew podążył za dźwiękiem.
Jadalnia była dokładnie taka, jak sobie wyobrażał. Długi stół nastawiony porcelaną i srebrem, świece migoczące w kryształowych uchwytach. Dwudziestu trzy osoby siedziały wokół niego, z ramionami zwróconymi ku sobie w wygodnej intymności. Rozmowy się nakładały, łatwe i nieostrożne.
Carl usiadł na czele stołu. Margaret naprzeciwko niego, postawa bez zarzutu. Austin był tam ze swoją żoną. Kuzynów, których Drew ledwo pamiętał, wujków, ciotek, teściów, małżonków. Twarze, które zwróciły się ku Drew z zaskoczeniem i irytacją, jakby wniósł błoto do czystego pokoju.
Wszyscy spojrzeli w górę.
Wszyscy oprócz Sophie.
Krew Drewa zamarzła.
Przeskanował krzesła. Liczył szybko, niechcąc. Widział puste talerze na dołki, do połowy napełnione kieliszki do wina, serwetki wsunięte na kolana. Nie widział małego krzesła, nie było dziecięcego talerza, nie było Sophie.
"Gdzie jest moja córka?" zapytał Drew.
Margaret odłożyła widelec z namysłem.
"Sophie była marudna," powiedziała spokojnie. "Jest w kuchni."
"Z Joan," dodała Margaret, jakby okazując życzliwość. "Przeszkadzała w posiłku."
Hałas w pokoju ucichł. Dwadzieścia trzy pary oczu wpatrywały się w niego, czekając, aż się skurczy.
Drew nie.
Odwrócił się i przeszedł przez spiżarnię lokaja, mijając tace i sztućce, w stronę kuchni.
Kuchnia była ogromna, lśniła, ze stali nierdzewnej i kamienia. Powinno być tłoczno. Powinna zawierać kojący chaos gotowania. Zamiast tego wydawało się opuszczone, jakby drużyna poszła dalej bez niej.
Joan Elliot stała przy zlewie, zmywając naczynia sztywnymi rękami.
A w dalekim kącie, blisko kosza na śmieci, Sophie siedziała na podłodze.
Miała na sobie aksamitną sukienkę, teraz rozmazaną na brzegu. Jej policzki były pokryte zaschniętymi łzami. W rękach trzymała kość indyka, wyczyszczoną do czystej krwi, poza poszarpanymi sznurkami mięsa. Gryzła go małymi, rozpaczliwymi kęsami, oczy matowe od głodu, który sprawia, że dziecko jest zbyt ciche.
Ciało Drew zareagowało szybciej niż jego umysł. Z jego ust wyrwał się dźwięk, niski i surowy.
Sophie spojrzała w górę. Przez ułamek sekundy zamarła, oczy rozszerzyły się, jakby nie była pewna, czy on jest prawdziwy.
Wtedy jej twarz się smutowała.
"Tato," szlochała, i to nie było tylko słowo. To była prośba.
Drew przeszedł przez kuchnię trzema krokami, uklęknął i wziął ją w ramiona. Jej ciało drżało przy nim. Kurczowo trzymała się jego marynarki, jakby była jedyną solidną rzeczą na świecie.
"W porządku," wyszeptał, głos mu się łamał. "Mam cię. Mam cię."
Oddech Sophie zaciął się. "Powiedzieli, że nie mogę siedzieć z wszystkimi, bo moja sukienka się pobrudziła," płakała w jego szyję. "I byłem głodny. I mówili, że nie ma wystarczająco miejsc."
Oczy Drew podniosły się na Joan.
Twarz Joan była pozbawiona koloru, ręce wciąż mokre od wody po naczyniu. "Panie Leon," wyszeptała, głos jej drżał. "Ja... Powiedziano mi, żebym ją tu zatrzymał. Myślałem... Myślałem, że przyniosą jej talerz."
Szczęka Drewa zacisnęła się tak mocno, że bolało.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.
