Chloe znała część tego. Wiedziała wystarczająco dużo, by się martwić. Ale nawet ona nie znała pełnego zakresu — nie tego, jak moje nazwisko teraz przechodzi przez sale konferencyjne, ani tego, jak mój podpis może zmienić całe przyszłości.
"Nat," powiedziała ponownie, cicho. "Obiecaj mi, że zachowasz zimną krew."
Widziałem, jak stado gołębi unosi się z krawędzi budynku w nagłym rozmachu skrzydeł, ich ruchy były ostre na tle bladego nieba. "Zrobię to," powiedziałem.
I mówiłem to szczerze.
Bo już widziałem liczby Mirandy.
Po rozłączeniu się, podszedłem do biurka i otworzyłem zabezpieczonego laptopa. Ekran chłodno świecił na tle przygasającego mieszkania, rzucając moje dłonie niebieskawym światłem. Załadowane poufne pliki: raporty wydatków, faktury, prognozowane przepływy pieniężne.
Firma modowa Mirandy — jej "imperium" — wyglądała olśniewająco na Instagramie, w rozkładówkach magazynowych, w starannie dobranych zdjęciach z motywacyjnymi podpisami. Ale prawda była w liczbach: powolny krwotocz.
Pieniądze wykrwawiają się przez osobiste luksusy ukryte pod postacią "inwestycji w markę". Podróż pierwszą klasą. Designerskie garderoby reklamowane jako "kreatywna inspiracja". Hotelowe apartamenty. Planerzy wydarzeń. Wieże szampana. Tymczasem sprzedawcy nie otrzymywali wynagrodzenia. Miesiące do tyłu. Czerwony atrament wszędzie, jasny jak otwarte usta.
Kontrakt na 5 milionów dolarów, którym się chwaliła — ten kontrakt ekspansji, który zamieniła w widowisko — był nićą trzymającą wszystko razem. Bez niego firma nie potykała się tylko o to; Upadła.
A ten kontrakt... to źródło finansowania, za którym tak chętnie goniła...
Złożyła podanie do VB Capital.
VB.
Moje inicjały.
Moja firma.
Ironia siedziała w mojej piersi jak coś ostrego i cichego. To coś, co nie potrzebuje śmiechu, by dać satysfakcję; Po prostu tak jest.
Przewijałem dalej. Klauzula o moralnym postępowaniu. Standardem dla takiej firmy jak nasza. Podpisała go bez czytania — bo Miranda nigdy nie czytała rzeczy wymagających pokory.
Klauzula nie dotyczyła tylko przestępstwa. Chodziło o zachowanie publiczne, które mogłoby zaszkodzić reputacji firmy.
Publiczne.
Zachowaj.
Kamery.
Transmisja na żywo.
Odchyliłem się na krześle i przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w sufit. Moje mieszkanie było ciche, poza szumem lodówki i cichym, odległym hałasem ruchu ulicznego. Moje serce biło spokojnie. Nie zły. Nie panikujący.
Po prostu... Rozwiązane.
Zamknąłem laptopa i poszedłem do szafy.
Pierwsze, co dotknęły moje palce, to garnitury, które faktycznie nosiłam teraz—szyte na miarę, drogie, zaprojektowane tak, by pasowały na ramiona jak obietnica. Była biżuteria schowana w aksamitnych pudełkach: rzeczy, które kupiłam nie dlatego, że ich potrzebowałam, ale dlatego, że mogłam, bo zasłużyłam na prawo do dekorowania życia drobnymi luksusami.
Odsunąłem je na bok.
Sięgnąłem po prosty szary garnitur, który miałem od lat. Czysty, profesjonalny, zupełnie niepozorny. Materiał był dobry, ale nie głośny. Cięcie było w porządku, ale nie takie, które sprawiałoby, że ludzie siadali prosto, gdy wchodziło się do pokoju.
W oczach mojej rodziny to była przeciętność.
Idealnie.
Złożyłam go ostrożnie i włożyłam do worka na ubrania. Ruch był niemal ceremonialny—jak wybór zbroi, ale takiej, która sprawia, że wyglądasz na niechronionego.
Gdybym wszedł w prawdziwym życiu, dostosowywały się. Występowaliby. Udawaliby. Traktowali mnie z szacunkiem, jaki oferowali pieniędzmi, a nie z szacunkiem, jaki okazywali ludzkości.
Nie chciałem tego.
Chciałem poznać prawdę.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.
