Through the crack, he saw a small shape wedged beneath the bed.
A Spider-Man shirt, soaked so dark it looked black in places, but it was blood. It shone wetly where the light hit it.
William’s vision tunneled.
“Owen,” he whispered.
The small shape jerked.
William’s voice broke. “Buddy. It’s Dad. I’m here.”
A thin sob came from under the bed, the sound of a child trying not to be heard.
William leaned closer, his forehead nearly touching the carpet. He could see Owen’s little hands, curled tight, trembling so hard they vibrated against the floor.
“I promised I’d come back,” William said softly. “Remember? I’m here now. You’re safe.”
“Don’t let them find me,” Owen whispered. His voice was ragged, hoarse from crying.
“No one’s going to take you,” William said, and he meant it so fiercely it scared him. “I need you to come out so we can help you, okay? You’re safe with me.”
Owen didn’t move.
William took a shaky breath. “Owen, look at me.”
Silence. Then Owen’s voice, tiny and broken. “They’ll be mad.”
William’s stomach dropped.
“Who will be mad?” he asked, though he already knew.
Owen’s breathing hitched. “They said I can never tell.”
William’s blood went cold.
He forced his voice to stay gentle, even as something inside him sharpened into a hard, focused edge. “No one is going to be mad at you,” he said. “Whatever happened, it is not your fault. Do you hear me? Not your fault.”
Owen made a small sound that might have been agreement, might have been pain.
William pressed on. “Come to me, buddy. I’m right here. I will protect you.”
There was a pause, long enough that William’s heart pounded in his ears.
Then Owen began to crawl out.
Slowly. Hesitantly.
When Owen’s face emerged into the light, William’s breath left him in a broken gasp.
Blood smeared Owen’s cheeks, streaked across his forehead, clung in wet patches to his eyelashes. His arms were slick with it. His shirt was soaked. The sight was so wrong, so violent, that William’s body reacted before his mind could, nausea rising hard in his throat.
Paramedics moved forward, hands out, voices soft. Owen flinched and scrambled closer to William instead, climbing into his lap with desperate force, burying his face against William’s chest.
William wrapped his arms around him. His hands shook as they pressed against Owen’s back. He could feel the blood soaking into his own shirt, warm and sticky.
"Spokojnie," mruknął jeden ratownik, klękając. "Hej, kochanie, wszystko w porządku. Musimy tylko cię sprawdzić."
Ciało Owena drżało gwałtownie. Kurczowo trzymał się Williama, jakby puszczenie oznaczało śmierć.
Inny ratownik delikatnie podniósł krawędź koszuli Owena, skanując go pod kątem ran. "Nie wygląda na rannego," powiedziała cicho, pełne dezorientacji. "Brak widocznych ran."
William mrugnął, zdezorientowany. "Co masz na myśli?"
Ratownik spotkał jego wzrok. "Krew... może nie być jego."
Umysł Williama się zatrzymał.
Jeśli krew nie należała do Owena, to czyja była?
Owen lekko uniósł głowę. Jego oczy wyglądały na zbyt stare, zbyt ciężkie jak na dziecko. "Walczyłem," wyszeptał.
William zesztywniał. "Co?"
Usta Owena drżały. "Walczyłem, tato," powiedział ponownie, jakby musiał się przekonać. "Tak jak mnie nauczyłeś."
Klatka piersiowa Williama zacisnęła się boleśnie. Nauczył Owena granic. O odmówieniu. O znalezieniu dorosłego, któremu ufasz. O używaniu głosu. Ale nigdy nie wyobrażał sobie, że Owen wykorzysta te lekcje w czymś, co pozostawi go pokrytego krwią.
Policjant podszedł bliżej, ostrożnie na twarzy. "Synu," powiedział łagodnie, kucając na wysokości Owena. "Możesz nam powiedzieć, kto cię skrzywdził? Z kim walczyłeś?"
Oczy Owena błądziły. Jego ciało zesztywniało. Potem znów schował twarz w piersi Williama i zamilkł.
Genevieve Fuller stała w drzwiach, jej dłonie splatały się ze sobą. Jej głos drżał. "Mam kamery," powiedziała. "Kamery bezpieczeństwa. Pokrywają mój podwórko."
Policjant zwrócił się do niej. "Pani?"
Genevieve przełknęła ślinę. "Widziałem, co się stało. Przynajmniej... Widziałem jej część. Widziałem, dlaczego uciekł."
Powietrze w pokoju zmieniło się, gęstniało. Puls Williama zadrżał.
Policjant wziął telefon Genevieve, gdy ta go podała, jej palce drżały. Przez kilka sekund patrzył na ekran, a kolor zniknął z jego twarzy tak szybko, że aż zaskakująco.
"Panie Edwards," powiedział, głos miał napięty. "Musisz to zobaczyć."
William nie chciał puścić Owena. Każdy mięsień w nim krzyczał, by trzymać syna w ramionach, chronić go przed wszystkim, nawet przed nagraniem wideo tego, co mu zrobiono.
Ale ratowniczka miała teraz Owena, ostrożnie podnosząc go na ręce, owijając kocem, który na tle ciemnoczerwonych smug wyglądał boleśnie biało.
William wstał na chwiejnych nogach. Jego dłonie zdrętwiały, gdy brał telefon.
Na ekranie widniał podwórko. Podwórko Genevieve, jasne pod ostrym oświetleniem. Wzdłuż ogrodzenia, przez szczelinę w deskach, kamera uchwyciła część podwórka Sue Melton.
Na rogu świecił znacznik czasu: 20:17.
William zamarł oddechu.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.
