Sue descended the porch steps with slow, deliberate movements. Her eyes swept over William with a flat, curt acknowledgment.
“William,” she said, like his name was a task she’d rather not bother with. “You’re late.”
“Traffic,” William said automatically, though he wasn’t sure it was true. Time had distorted on the drive. Forty minutes had felt like a confession.
Sue’s gaze slid to Owen. “Look at him,” she said to Marsha, as if Owen wasn’t standing right there. “Crying like a baby.”
Owen’s hands clung to Marsha’s coat, his face pressed into the fabric, as if hiding his expression might hide him.
William crouched. “Owen,” he said softly. “Hey, buddy. Look at me.”
Owen’s head lifted just enough. His eyes were wide, pupils enlarged, his breathing too fast. His fear felt physical, like a thing you could touch.
William held out his arms. Owen moved into them instantly, burying his face against William’s neck.
“I love you,” William whispered, squeezing him tight. Owen smelled like shampoo and the faint sweetness of the fruit snacks he’d eaten in the car. He felt so small in William’s arms that it made something inside William ache.
“I don’t want to stay,” Owen whispered into his collar. “Please.”
William closed his eyes for a second. He could feel Marsha’s stare, cold and impatient, drilling into the side of his head.
He pulled back just enough to look Owen in the eyes. “I’m picking you up Sunday evening,” he said. “Okay? Just two days. I promise.”
Owen’s mouth trembled. “Promise?”
“I promise.”
The word tasted bitter as soon as he said it, because he wasn’t sure he deserved Owen’s trust anymore.
Sue cleared her throat, impatient. “That’s enough. You’re coddling him. He needs structure.”
Marsha’s voice snapped in, too. “Tell Daddy goodbye.”
Owen’s eyes darted again, frightened. His voice was tiny. “Bye, Daddy.”
William hugged him again, quickly, like he was trying to pour all the protection he hadn’t managed into a single embrace.
Marsha stepped between them. “That’s enough,” she said. “You’re making it worse.”
William powoli wstał. Powietrze wydawało się zimne. Jego ciało wydawało się nie tak, jakby skóra była zbyt ciasna wokół kości.
Sue sięgnęła po dłoń Owena.
Owen drgnął tak mocno, że wyglądało to na odruch. Oczy Sue zwęziły się, ale i tak go złapała i odwróciła w stronę drzwi wejściowych.
William zrobił krok do przodu. "Mogę zostać na chwilę," powiedział. "Tylko po to, żeby się upewnić, że się zaaklimatyzuje."
Marsha odwróciła się, jej wyraz twarzy był ostry. "Nie. Tylko pogorszysz sprawę. Mama i ja mamy o czym rozmawiać. Idź do domu."
Coś w sformułowaniu sprawiło, że Williamowi wzrósł niepokój. Rzeczy do rozmowy. Owen się rozsiada. Słowa brzmiały jak kod.
Sue nie oglądała się za siebie. "Idź," powiedziała. "Będzie dobrze."
Owen odwrócił głowę przez ramię, gdy Sue pociągnęła go w stronę domu. Jego twarz była mokra, oczy szeroko otwarte. W tym spojrzeniu nie było nadziei. Tylko strach.
Stopy Williama wydawały się przyklejone do chodnika. Każdy instynkt w nim krzyczał, by złapać Owena, wrócić do samochodu, pojechać gdziekolwiek indziej.
Ale dłoń Marshy przycisnęła się do jego pleców, prowadząc go w stronę samochodu z cichą determinacją, jakby sterowała upartym zwierzęciem.
"Zostanę na kolację," powiedziała. "Mama chce porozmawiać. Później wezmę Ubera do domu."
William otworzył usta, ale nic nie wydobyło.
Usiadł za kierownicą jak człowiek poruszający się przez wodę. Odpalił samochód. Wycofał się.
W lusterku wstecznym zobaczył Sue ciągnącą Owena przez drzwi. Owen spojrzał jeszcze raz, a potem drzwi się zamknęły.
To wydawało się ostateczne.
Droga do domu trwała czterdzieści minut, ale umysł Williama zamienił ją w całe życie.
Ciągle słyszał głos Owena. Tato, proszę, nie zostawiaj mnie tam.
Jego ręce drżały na kierownicy. Próbował sobie wmówić, że przesadza, że Owen po prostu boi się zmian, że Sue jest staroświecka, że Marsha jest surowa, a nie niebezpieczna.
Ale każda racjonalna myśl rozpadała się pod wspomnieniem oczu Owena.
W domu cisza uderzyła go jak mur.
Ich dom w West Hartford był mały, znajomy, pełen zwyczajnych śladów życia rodzinnego. Buty przy drzwiach. Mała kurtka Owena wisząca nisko na haczyku. Rysunek kredką przyklejony do lodówki.
Powinno go to pocieszyć. Zamiast tego czuł się dusząco, bo Owen nie był w nim.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.
