Mój syn błagał mnie, żebym nie zostawiał go u babci, a ja i tak odjechałem

Teraz, na przednim siedzeniu samochodu, jej obecność wydawała się jak ściana.

Szlochy Owena przechodziły w czkawki. "Będę grzeczny. Obiecuję. Będę dobra na zawsze."

Williamowi gardło piekło. "Owen, nie musisz być dobry na zawsze. Już jesteś dobry."

Marsha wydała z siebie zirytowany dźwięk. "Widzisz? Posłuchaj siebie. Sprawiasz, że myśli, iż płacz przynosi nagrodę. Przestań."

Owen nagle odpiął pas.

Oczy Williama zerknęły na lustro i rozszerzyły się. "Owen, nie, kolego. Zapiąć pasy."

Owen rzucił się naprzód w desperackim ruchu. Jego małe rączki sięgnęły, chwytając ramię Williama, palce wbijając się w materiał jego koszuli.

"Tato, proszę," zawołał Owen, jego oddech był gorący i wilgotny na szyi Williama. "Proszę, nie każ mi iść. Proszę."

Samochód zsunął się o cal w stronę linii, zanim William to skorygował. Poczuł, jak puls mu przyspiesza, a mózg wysyłał ostrzeżenia we wszystkich kierunkach.

Marsha odwróciła się gwałtownie, gniewnie. Jej ręka wystrzeliła i zacisnęła się na nadgarstku Owena.

Owen pisnął. Ostry, zaskoczony dźwięk.

"Usiądź," syknęła Marsha, jej głos był niski i śmiertelny. "Teraz."

Williamowi ścisnęło się w żołądku. "Marsha," powiedział, a w jego głosie pobrzmiewało ostrzeżenie, którego rzadko używał. "Puść."

Marsha puściła nadgarstek Owena, ale szkody zostały wyrządzone. Na skórze Owena rozkwitały czerwone ślady niczym siniaki w kształcie palców, czekające na wybuch.

Owen opadł z powrotem na fotelik samochodowy. Jego płacz zmienił się wtedy, łagodniąc w coś zmęczonego i pokonanego. Jego małe ramiona drżały, ale dźwięk był cichszy, jakby nauczył się, że głośniej nie znaczy bezpieczniej.

William przełknął ślinę. Nie mógł oderwać wzroku od tych czerwonych śladów. Jego umysł, wytrenowany do dostrzegania wzorców, śledzenia zachowań, łączenia punktów, zaczął wirować zbyt szybko.

To nie było normalne. To wszystko nie było normalne.

Ale od miesięcy się wycofywał. Może dłużej. Poddał się, bo walki z Marshą pozostawiły go wyczerpanego i pustego. Poddawała się, bo dokładnie wiedziała, jak obrócić jego własną przeszłość przeciwko niemu.

Jesteś paranoikiem, bo dorastałeś zraniony, mówiła.
Projektujesz się, mówiłaby.
Jesteś kontrolująca, mówiłaby.
Dusisz go, mówiłaby.

A czasem, w ciszy po tym, jak to powiedziała, William zastanawiał się, czy miała rację.

Jechali w napiętej ciszy przez ostatni odcinek. Przedmieścia Hartford przesuwały się obok, schludne trawniki i gołe drzewa zimą, podjazdy pełne samochodów. Świat za oknem wyglądał spokojnie, zwyczajnie, bezpiecznie.

Owen pressed his face to the glass, tears still moving, but his mouth clenched shut, as if he didn’t dare speak again.

William’s hands were damp on the steering wheel.

When they finally pulled up to Sue Melton’s house, William’s stomach tightened so violently he thought he might be sick.

The house was a tired colonial with peeling paint, but the yard was kept with almost frightening precision. The grass was trimmed. The shrubs were shaped. The walkway was swept clean. It had the feel of a place where mess was not tolerated.

Sue stood on the porch, arms crossed, gray hair pulled back tight. She had the posture of someone who had spent her life ordering others to move.

Even from the car, William could feel her disapproval like heat.

Owen went still. Not calm, not relaxed, but frozen. His face remained turned toward the window. Tears slid silently down his cheeks.

William killed the engine. The sudden quiet in the car felt loud.

Marsha was already reaching for the door handle. “Finally,” she muttered, as if arriving here was relief.

William’s voice came out rough. “Marsha, maybe we should talk about this.”

Marsha shot him a look that made his words shrivel. “We already did. For weeks. Don’t start.”

She climbed out, slammed the door, and walked around to the back seat.

William followed, his legs heavy, his body moving like it was dragging against an invisible current.

Marsha yanked open the back door. “Come on,” she said, and her voice was falsely bright in a way that made William’s skin crawl. “Out you go.”

Owen didn’t move fast enough, so Marsha reached in and tugged him by the arm. Owen’s legs buckled as he slid out of the seat, his shoes scraping the pavement. He made a small, helpless sound.

William stepped forward instinctively. “Hey, easy.”

Marsha didn’t look at him. She leaned in close to Owen’s ear and hissed something William couldn’t hear. Owen’s face tightened further, as if her whisper was a rope pulling his fear even tighter around his chest.

Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.