Lisa Hawthorne przycisnęła mnie na parkingu sklepu paszowego, jakby czekała na idealny moment do ataku.
Była ledwie dziewiąta rano, ale teksańskie słońce już było wyżywcze, takie upał, że przesiąkał przez dżinsy i zamieniał żwir w coś, co migotało. Miałem jeden but oparty o opon ciężarówki, podnosząc pięćdziesięciofuntowy worek zboża do łóżka, gdy padł na mnie cień, który nie należał do chmury.
"Lily," powiedziała radośnie.
Jej obcasy zapadały się w żwir przy każdym kroku, wąskie rzeczy od projektantów, nigdy nie przeznaczone do kurzu czy pracy. Pachniała drogo, kwiatowo i ostro, a jej okulary przeciwsłoneczne były na tyle duże, że zakrywały większość twarzy. Machała stosem papierów w jednej zadbanej dłoni niczym flagą parady.
"Chciałam tylko podziękować za ranczo," kontynuowała, podnosząc lekko głos. Tylko tyle. "Pięć dolarów to więcej niż hojność."
Słowa do mnie dotarły, ale nie tak, jak się spodziewała.
Przytuliła papiery bliżej, ustawiając je tak, żebym mógł zobaczyć przeniesienie aktu własności. Moje imię było podpisane na dole pętlowym bazgrołem, który przechylał się w niewłaściwą stronę, litery były nierówne, nacisk nierówny. Każdy, kto widział, jak przez ostatnie dwadzieścia lat podpisuję certyfikaty hodowlane, zezwolenia weterynaryjne, formularze podatkowe czy faktury za dostawy, od razu by się dowiedział, że to nie mój charakter pisma.
Lisa nie przejmowała się tym.
Za nią, zaparkowany pod kątem blokującym dwa miejsca, stał srebrny Mercedes. Szyby były przyciemniane, ale dokładnie wiedziałem, kto jest w środku. Samuel zawsze siedział z rękami na kierownicy, gdy był zdenerwowany. Mogłem to sobie wyobrazić, nie widząc go. Nie wyszedł. Nie spojrzał na mnie.
Włożyłem kolejny worek zboża do ciężarówki, mięśnie się napinały, oddech kontrolowałem.
Lisa mówiła dalej.
"Samuel mówi, że nie będziesz miał nic przeciwko, żeby się wyprowadzić do poniedziałku," dodała swobodnie, wskazując na mnie papierami. "Myślę o studio jogi, gdzie są stare stajnie. Może przestrzeń eventowa. Ludzie płacą absurdalne pieniądze za rustykalne klimaty."
Poniedziałek.
Trzy dni.
Trzy dni, by opuścić ziemię, którą zbudowałem na surowych zaroślach i upartej wierze.
Tom Murphy wyszedł wtedy ze sklepu z paszami, wycierając ręce. Był tam w dniu, gdy kupiłem pierwszą torbę paszy dwadzieścia lat wcześniej, z pustymi oczami po pogrzebie ojca i przerażony ziemią, którą właśnie kupiłem za jego ubezpieczenie na życie. Wszyscy mówili, że jest bezwartościowy.
Tom się nie zaśmiał.
"Wszystko w porządku, Lily?" zapytał, oczy przeskakiwały między uśmiechem Lisy a kurzem ziaren na moich ramionach.
"Wszystko w porządku, Tom," powiedziałem, ostrożnie odkładając torbę.
Lisa podała mu papiery. "Pięć dolarów. Przeniesienie prawne. Podpisane i złożone."
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.
