Dzień, w którym szef pokonał wdowę... oraz Villa Le Partió el Alma...

Na jarmarku w San Isidro szef, dobrze pochłonięty władzą, zaciągnął wdowę do centrum miasta, splunął na jej haft i uderzył ją w twarz dzieci, tylko po to, by poprosić o wytchnienie. Nikt nic nie powiedział, aż do momentu, gdy pojawiła się Villa, a z nim prawdziwe piekło. Witamy na kanale Cuentos de Villa. Powiedz nam, skąd nas słuchasz, kolego. Zostaw to, co lubisz i trzymaj się, bo to, co nadchodzi, zaboli cię do kości.

Ci, którzy wiedzą, mówią, że byli tam, gdy słońce paliło równomiernie, a wiatr niósł więcej łez niż piasek. Że w San Isidro del desierto była kobieta, która szyła nitkami nadziei i igłami smutku. Nazywała się Doña Lucha Morales, chuda jak patyczek pigwy, z rękami potartymi od haftowania szali i naprawiania dżinsów. Jej oczy miały kolor garnkowego brązu, a włosy bardziej słone niż pieprzone, ale plecy wciąż proste jak w dniu, gdy pochowała męża Evaristo, który poległ w bitwie pod Torreón, walcząc u boku Maderistów.

Mieszkał w półzniszczonej chatce z adobe, z blaszanym dachem, który śpiewał smutne ranchery za każdym razem, gdy padało. Tam wychowywała dwóch synów: Nicolása, 14 lat, który pomagał, nosząc worki na dworcu, oraz małą Remedios, mającą zaledwie osiem lat, która miała oczy ojca i kaszel, którego nie dało się usunąć herbatą z bugenwilli ani obietnicami Matce Boskiej z Guadalupe. Patronem tego miasta, Don Joaquín de la Peña, był grubym mężczyzną jak tuczna świnia, z gumowanymi wąsami i garniturem Casimir sztywny jak deska do prasowania.

Jego dłonie były białe od niepracy, a oczy małe i jasne, niczym u żmii, czekając na moment, by ugryźć. Był właścicielem sklepu z paskami, stołówki, hotelu i połowy miasta, w tym jacalito, gdzie Doña Lucha płaciła czynsz potem swoich palców. Tego październikowego poranka, gdy niebo wyglądało jak posypany papier, a powietrze smakowało kurzem i rozpaczą, rozstawiono jarmark San Isidro, stoiska ze śniegiem, sprzedawców kukurydzy, panie z parującymi comales i zapach carnitas, który sprawiał, że trzewia biednych, którzy już nie widzieli, ryczali.

Doña Lucha zeszła na plac z czarnym szalem zarzuconym na ramiona, niosąc w rękach haft z poinsecją, który ukończyła poprzedniego wieczoru przy świetle świecy przynęty. "Don Joaquín," powiedziała, zdejmując szal z szacunkiem, pokazując włosy uczesane wodą i związane zardzewiałymi wsuwkami. "Przyszedłem prosić cię o przysługę." Szef stał obok domu, rozmawiając z innymi bogatymi mężczyznami, wszyscy ubrani na niedzielę, nawet jeśli był wtorek, odwrócił się, by spojrzeć na nią jak ktoś, kto widzi irytującą muchę.

Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.